Któż jak Bóg

Któż jak Bóg

 

Od mówienia o Bogu jest ksiądz. Ostatnio zaczął tak:

– Nieszczęście zaczyna się wtedy… kiedy rozpoczyna się… dramat.

Osłupiałem. Mało nie spadłem z krzesła, na którym siedziałem z trudem, bo coś z pogodą albo z organizmem. Potem ksiądz kontynuował mniej więcej w tym samym stylu, a mówić o Bogu, to trzeba umieć. To jest sztuka. Zupełnie prawdziwa. Tego nie się nie można nauczyć w szkole, na kursie, na studniach. To nie ma nic wspólnego. Z budową mostów. Ze składem chemicznym. Z teorią gender, politologii. administracji. No może z tą budową mostów odrobinę.

Więc to się musi zmienić. Albo będziemy kontynuować tę drogę donikąd. To znaczy do teraz, do tutaj. To tego teraz i tego tutaj, które powiela się przez lata i pokolenia, które prymas Hlond tak bezwzględnie podsumował w swoim liście ponad 80 lat temu. Wiem. Są, co potrafią. Czy ja potrafię? Nie.

Nie potrafię, bo cała moja wiara jest niestandardowa. Pewnie heretycka. Bo cały jestem pełen wątpliwości. Bo jak mówić do Ciebie, to nie jestem tak naprawdę pewien. Czy sobie tego wszystkiego nie wymyślam? Wątpliwości są zakazane. Są bez mała dowodem zdrady. Są znamieniem winy. Są skazą do zmycia. A ja wciąż nie jestem pewien. Czy jesteś. Czy Cię nie wymyślam. Czy nie plotę do jakichś własnych albo cudzych konstrukcji pojęciowych. Złożonych. Jakoś tam coś odbijających, ale jednak. Nie wiem.

Nie wiem i w tej niewiedzy, do Ciebie mówię. Bo jesteś… Znów nie wiem. Jesteś dla mnie Wszystkim. Jesteś zbudzeniem się, kiedy oczy wcale jeszcze nie wyspane ranią tym, co widzą. Próbuję je zamykać i otwierać, jakoś oswoić z rzeczywistością. A tu na przykład noc. Głęboka i ciemna. I podchodzi człowiek do okna. Czasem gęsta jak sos czerń. Czasem zapalone gdzieś gwiazdy czy uśmiechnięty księżyc.

Jesteś jak ojciec i matka w jednym. Jak ukochany i ukochana. Jak nieobjęta „istniejącość”, w którą najzwyczajniej na świecie człowiek chciałby złożyć głowę, zapomnieć siebie, oddać się bez granic, bo wie, że to nie nicość, tylko właśnie życie, istnienie, miłość sama. Więc spoko. Bezpiecznie. Cicho. Bezgranicznie.

Jesteś ruchem każdego liścia. Ruchem słońca po błękicie, co nazywam go niebem. Jesteś każdym bólem, co mnie rwie. Tym fizycznym i tym psychicznym. Który gorszy? Lepiej nie oceniać. Jesteś nadzieją. Czasem nieśmiałą, a czasem potężną jak tsunami. Wywracającą do góry wszystkie tragedie i zwątpienia, niszczącą z siłą niepowstrzymanego żywiołu rany, krew, i pamięć o bólu. Jesteś wreszcie każdym zakochaniem się. Tyle ich było w moim życiu. Tym gwałtownym, pełnym pasji, i tym właśnie jak wiatr, co delikatny i łagodny.

Tańcząca gąsienica. Leżałem na ławce nad jeziorem. Słońce trochę przechylone już, więc padało z boku. Nade mną w powietrzu lekko-żółto-zielona. Musiała wisieć na jakiejś nici, uwieszonej gdzieś u gałęzi drzewa. Może i my tańczymy w życiu, jak ona w tym słońcu i przestrzeni. Może i my umrzemy, żeby się narodzić. Nie wiem. Uparta niewiedza jest jak droga, po której idę każdego dnia.

Idę i błądzę. Skręcam w złą stronę. Ty mówisz, że wcale nie w złą, bo dzięki temu jestem tu i teraz, dzięki temu rozmawiamy, a to przecież żadna zła strona. Może Ty jesteś moimi wątpliwościami? Niewiedzą. Pewnością, że nie wiem. W sumie… jedyne co mam, to to uporczywe do Ciebie zmierzanie. Więc może oprócz bycia matką i ojcem, schronieniem i cierpieniem, przede wszystkim jesteś dla mnie przyjacielem. To chyba najstraszliwsza możliwość. Wiem, to naganne. Powinienem złożyć ręce, przyjąć odpowiednią postawę i słowa dostojne, takie które wypada. Gdzieś to zostawiłem,. W krainie nieprawdy. Która jest jednocześnie krainą cienia.

Więc jesteś dla mnie po prostu przyjacielem. Do którego mówię. O najskrytszych swoich tajemnicach. Czy my rozmawiamy? Czy Ty jesteś? Czy tylko ja mówię. O tym, co bym chciał. Co spieprzyłem i mi przykro z tego powodu. O tym, jak jestem słaby. Jak mnie boli. Że nawet nie wyrazić. Mówię do Ciebie nawet niemówieniem, kiedy zachwyt odbiera mi słowa, bo gąsienica tańczy w słońcu, bo kołysze się trawa, bo bezmiar morza, linie fal i daleko przenikająca wszystko iskra zachodzącego słońca, To źródło blasku, który biegnąc tuż nad wodą, przeszywa świat. Czy ty przeszywasz świat? Wszystkie jego bezmierne tragedie? Niewytłumaczalne otchłanie cierpienia? Materializacje zła?

Czy może jesteś wyłącznie w tym, co najszczersze. W ramieniu matki, która nowo narodzone dziecko, przytula do swojego ciała. W odwadze ojca, który w obronie swojej rodziny stanie naprzeciw wszystkiego i każdego, i nie będzie zważał na swoje życie. Może jesteś w ogniu, który trawi każdego prawdziwego artystę, nie mówię tu o dzieciach piekła, które dla pieniędzy, a tylko udają, kłamiąc. Mówię o tym, o czym wiedzą ci, co trawieni tym żarem, idą coraz dalej, bo ich coś woła i chcą to pokazać. Ale uwaga, bo wołać możesz nie tylko Ty. Bo zło też się do ludzi odzywa.

Więc cię mogę tylko prosić. By w tej niewyjaśnionej i nie wiadomej dla mnie drodze, byś był wdzięcznym słuchaczem. Cierpliwym takim. Ale nade wszystko. Byś u kresu drogi. Zechciał przetrzeć moją twarz. Całe moje widzenie i bycie. Może właśnie mnie obmyć, nie lubię tych terminów religijnych. Byś mnie tego nowego, dostosowanego już do poziomu twojej miłości, zechciał ustawić tak, bym zobaczył. A co, to już twoja sprawa i moja nadzieja. Ty wiesz. Ty wszystko wiesz – mówił Apostoł. Powtarzam to za nim. Pomimo, że nie wiem.

 

 

—————————————————-
Mój blog pielgrzymkowy {LINK}
Moja książka pielgrzymkowa {LINK}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *