Niech weźmie swój krzyż… i idzie za mną

Niech weźmie swój krzyż… i idzie za mną

*************
Zastrzeżenie – Disclaimer
Poniższy tekst to luźne, religijnej natury rozważania.
Nie jest żadne „nauczanie” tylko przydługie, „eksperymentalne myślenie” i może zawierać błędy.
Jak ktoś chce, to może sobie przeczytać 🙂
**************

 

Co to znaczy: „Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie niech weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje„?

Zbliżające się Święta Wielkiej Nocy i poprzedzające je Triduum Paschalne kierują nasze myśli w stronę Jezusa z Nazaretu, założyciela religii, którą tylu ludzi wyznaje. W różnej formie, ale wciąż. A jednak, jak rozumieć słowa Jezusa? Jak je rozumieć w kontekście jego życia i tym bardziej w kontekście życia naszego?

Kościół, w rozumieniu instytucji, tłumaczy nam sens słów Pana Jezusa. Niestety, sensy tych słów czasem stoją obok nas i nie zawsze… Więc to wezwanie „Niech weźmie swój krzyż”. Czy mamy wziąć faktyczny krzyż? Dwie ciężkie bele drewna połączone ze sobą? Nie. Przecież to absurd. A więc znów – Co to znaczy, wziąć swój krzyż?

Kościół wytworzył wyjaśnienie, że to oznacza – biernie godzić się na to, co nas spotyka. Mąż cię bije od 10 lat – pozostań w związku. Żona cię niszczy psychicznie – twój obowiązek, to wytrzymywać. W pracy cię gnębią? Pochyl się bardziej i módl się. Czy takie wskazania nie miały miejsca? Czy nie były wiodącą wersją tłumaczenia Jezusowego „Niech weźmie swój krzyż”?

A co to znaczy „niech idzie za mną”? Jak? Gdzie? Przecież Pana Jezusa nikt realnie nie widzi, nie widzi tak, jak widzi Kowalskiego, Józefowską czy Browna. A nawet gdyby, to co, iść na gęsiego za Panem Jezusem?  – O… to znaczy – wyjaśni kościół – że to znaczy być pokornym jak Pan Jezus.

Być może pierwsza i druga część prezentowanego wiernym pouczenia o znaczeniu tytułowego wezwania sprowadza się do zachowania bierności w obliczu krzywdy i bólu. Jest „prawdą” o tym, że cnotą jest „wytrzymywanie” i „znoszenie” niesprawiedliwości i skierowanego przeciw nam zła. Być może to kościelne przesłanie, utkane na kanwie słów Pana Jezusa, miało – ma? – po prostu wymiar mechanizmu społecznego, zapewniającego stabilność struktur społeczeństwa, a nawet państwa. Każdy miał zostać tam, gdzie był, bo to była „święta wola Boga”. – Popatrz,  Pan Jezus oddał za to życie! Ty też się tak możesz uświęcić.

To wezwanie do bierności i pasywności, dziwnie kojarzy się z powszechnie dziś spotykanym „siedź na d*pie, zostań w domu”. W ogóle komponuje się dobrze, ze wszystkimi prądami i nurtami społecznymi, żądającymi od ludzi bierności i posłuszeństwa. A przecież Jezus i jego życie było w całosci zaprzeczeniem takiej postawy – zgody na istniejący stan rzeczywistości czy bierności. Jego nauczanie i misja było wywracaniem ówczesnego porządku, tektonicznym pójściem „pod prąd”, pokazaniem wszystkiego w zupełnie nowym świetle.

A jednak wziął swój krzyż i poszedł w ten największy Piątek na Golgotę. Ale proces wzięcia tego krzyża, dokonał się chyba w Getsemani. Kiedy mógł ten krzyż odrzuć. Uniknąć go.

Mógł to zrobić na trzy sposoby. Pierwszy, najbardziej ludzki, to wycofać się. Pójść kilkaset kilometrów dalej. Przestać mówić to, co wywracało ówczesny świat dookoła niego i budziło agresję „środków masowego przekazu”. Mógł się tam zająć ciesielką, robić krzesła i stoły. Prawdopodobnie by mu odpuszczono. Trzydzieści srebrników przydałoby się na coś innego. Przestałby stanowić „zagrożenie”.

Mógł też Pan Jezus pójść na całość. Pokazać tłumowi cud, powiedzieć – pochwyćcie ich i wskazać na Sanhedryn. Albo mógł ten cud pokazać najwyższym kapłanom-redaktorom, albo władcom. Mógłby być nawet oficjalnie obwołany Mesjaszem – Bogiem na Ziemi jak później Bar Kochba. Zacząłby negocjacje z Cezarem, a może nawet go przekonał do uznania go za Boga. Jego posągi pojawiłyby się w całym ówczesnym rzymskim świecie.

Mógł wreszcie, gdyby cud nie zadziałał i nie potrafił przekonać „zatwardziałych serc”, pójść na kompromis. Zamiast czekać do Wielkiego Czwartku udać się dzisiaj, jeszcze we Wtorek do Wielkiej Rady i zaproponować konstruktywne rozwiązanie. On przyzna, że tak, a tak. Oni zdejmą z niego nakaz aresztowania i może zapewnią mu jakieś drobne pieniądze. Przecież byli ludźmi rozsądnymi. Gdyby wzmocnił ich autorytet, to wszystko byłoby do dogadania, każde rozwiązanie być może jeszcze na stole.

Ale On zrobił to, co zrobił, a my pozostajemy z pytaniem, co dla nas dzisiaj znaczy „Weź swój krzyż”?

Być może tym krzyżem jest po prostu ból, którego doświadczamy w życiu. Ten ból ma setki postaci i dziesiątki form, i trudno zgadnąć, która gorsza, która bardziej ukryta, która nas bardziej niszczy i zabija. Czasem ten ból jest napotykanym od czasu do czasu nieznacznym dyskomfortem w dość ułożonym życiu. Czasem rośnie, nabrzmiewa, gromadzi się nad naszą głową jak złowieszcza czarna chmura deszczowa i spada na nas ciężarem nie do uniesienia.

Krzywdzą nas ludzie, krzywdzą nas zdarzenia i okoliczności, może nade wszystko krzywdzimy się sami, swoją głupotą, złem, które popełniamy lub czynimy innym i sobie. Może największym naszym katem dla siebie stajemy się my sami, a nasze myśli, złe, agresywne wobec świata i nas, stają się też jakąś częścią krzyża, którego doświadczamy.

Więc „Niech weźmie swój krzyż” znaczyłoby, zaakceptuj. Zaakceptuj wszystko, co ci się stało. Nic, co zrobiłeś i tobie zrobiono, nic co miało miejsce w twoim życiu, nie powinno w nim – „nie być”. Zupełnie odwrotnie, wszystkie twoje błędy, całe zło jakiego doświadczyłeś i doświadczasz – powinno być. Jest nieodłączną i niezbywalną częścią twojego życia, bo… było albo aktualnie jest. Akceptacja tego, wzięcie swojego krzyża, oznacza więc odrzucenie wszystkich tych scenariuszy: „Jak bym postąpił w życiu, gdybym wiedział? Jak pokierowałbym swoim życiem?”

To absurdy. „Niech weźmie swój krzyż” – oznacza, że twoje życie jest dokładnie takie, jakie powinno być. Ten cały ból i cierpienie, które chciałbyś z niego wyrzucić, te wszystkie pomyłki i zło, których byłeś, a może jesteś,  autorem, to wszystko miało w twoim życiu być. Nic, nigdy innego. Dlaczego? Bo tak właśnie było. Bo to „krzyż”.

„Niech weźmie swój krzyż” – oznacza także rezygnację z oskarżania siebie o samooskarżanie. Rezygnację z karania samego siebie, za błędy, z oskarżania i potępiania samego siebie za – przecież tak wiele rzeczy. A tak byliśmy uczeni – tego potępiania siebie. Oznacza akceptację przeszłości i teraźniejszości bez zachowania odrobiny tego zdradliwego: „powinno być inaczej”. Nie. Nie powinno. To tylko twoja uzurpacja, wola.

Ale co z przyszłością? Czy mamy nadal biernie znosić cierpienie albo ból, który nam zadają? Czy mamy je znosić w imię świętych zasad wiary, głoszonych nam przez „świętych mężów”? Czy „brać swój krzyż” oznacza pasywność w obliczu krzywdy i bólu? Czy to jest droga do świętości, czy może całkiem przeciwnie, to droga na manowce, gdzie światła prawie nie ma, hula wiatr, a kolce ostrokrzewu ranią przy każdym ruchu?

Wydaje się, że nie. Że znoszenie cierpienia, poniżania i zła, dla samego znoszenia, nie jest wartością. Że nic dobrego z tego, dla człowieka nie wynika. Że przeciwnie. Tępieje człowiek w takim posłuszeństwie. Wykrzywia własne człowieczeństwo. Więdnie w nim to, co wielkie, a zostaje tępa gorycz i chęć potępienia innych i siebie, albo znowu kamienne przekonanie, że jakimś cudem ta bierność w obliczu krzywdy jest zasługą najwyższą naszą, więc wszyscy, co wątpią w tę „świętą naukę” – na pohybel im.

Więc nie jest dobrze cierpieć ani znosić ból. To nie jest cel ani przeznaczenie człowieka. Pan Jezus wyraźnie i dobitnie to ukazywał, bo gdy spotykał cierpiących, to zamiast ich zachęcać do wytrwałego utkwienia w bólu – uzdrawiał ich ciała i umysły. Cierpiącym Marii i Marcie przywrócił do życia brata – Łazarza. Sam nawet stojąc przed jego grobem – zapłakał. Bo nie przyszedł ludziom przynieść bierne wepchniecie ich w ból, przyszedł ich wyzwolić. I dlatego też, gdy nie mieli co jeść, to ich nakarmił. Gdzie się nie obejrzymy, cierpienie i ból łagodził, i to jest jakaś wskazówka, która podpowiada, że znoszenie bólu samo w sobie, wyrażające się pasywnością wobec rzeczywistości, nie jest niczym dobrym, zupełnie odwrotnie.

A jednak cierpienia uniknąć nie możemy i musimy je zaakceptować wg Jezusa, bo jednak: „Niech weźmie swój krzyż”. Skąd się bierze to cierpienie, ten krzyż, który jednak zaakceptować będziemy musieli? Otóż bierze się ono z dwóch źródeł. Pierwsze to, to, o którym mowa była do tej pory. Mimo całych naszych wysiłków, by zbędnego bólu nie doświadczać, by unikać, omijać, likwidować cierpienie wyrażające się w nieskończonej liczbie możliwych form, krzyż i tak się pojawi. Nie unikniemy wszystkiego. W różnym zakresie ból – będzie nam dany.

Bo nas napadną. Bo nas oplują, okradną, oszukają, poniżą, pobiją. Bo sami znów głupio pobłądzimy. Bo wrócimy do zgubnych nawyków, uzależnień, zwyczajów czy zachowań. Bo wprowadzą coś, co nas podłamie i ugnie. Bo wypadek itd. Więc życie mimo naszego w nim „lawirowania” i tak przyniesie nam w przyszłości ból. I gdy się to stanie, wypada nie mieć o to pretensji. Nie potępiać za mocno – a może wcale? – siebie i innych, i samego życia. Wypada to zaakceptować, mówiąc – takie jest życie, nie udało się mi tego ciepienia uniknąć, więc jest ono częścią życia, która miała w nim być. Jest… krzyżem, który biorę, z całą świadomością.

Ale jest drugie źródło cierpienia w przyszłości… przed nami. Takie cierpienie i ból, którego nie unikniemy, jeśli. Jeśli spróbujemy, jeśli zdecydujemy się pełnić naszą „misję”. Co jest naszą misją? Co było misją Jezusa? Jego misją było ofiarowanie swojego życia za i dla ludzi. Jeśli chciał swoją misję wykonać, nie mógł cierpienia uniknąć, musiał „przyjąć krzyż”. To była cena. Cena za dobro, które chciał/musiał wykonać.

My jesteśmy w sytuacji podobnej. W sytuacji wyboru. Oto bowiem zdarza się i zdarzać się będzie, że chcąc czynić dobro, będziemy musieli płacić. Właściwie życie ludzkie jest w tym zakresie jedną wielką transakcją. Kupujemy dobro, płacimy trudem, bólem, majątkiem, sobą. Albo możemy kupić odrobinę zła i w zamian dostać ulgi na ból albo nawet jakiś gratis poprawiający nasz stan, egzystencjalny, materialny, emocjonalny.

Ale Jezus mówi „Weź swój krzyż”, a to znaczy, że w tej transakcji, nie mamy wyboru, jeśli chcemy iść za Nim. Ale o jakie znowu dobro chodzi? A tu, znów nieprzeliczalne ilości małych zdarzeń. Ot, proste wypowiedzenie prawdy. Czyż nie jest tak, że wszyscy prawdy pragniemy? Czy nie jest tak, że tą prawdę, oczywiście w bardzo drobny, sposób czasem przekręcamy, podkręcamy, przeakcentowujemy, przemilczamy – „oj tam”. Zazwyczaj skojarzone jest to z bonusem: wsparcia społecznego, bezpieczeństwa ekonomicznego i tak dalej. A jeśli chce się powiedzieć prawdę, to się zapłaci. Sobą. Atakami. Pogorszeniem tego, czy owego. Czy możemy kłamać? Choć troszkę. Biznes musi się kręcić. My mamy swoje potrzeby. Przecież… trzeba znaleźć rozsądny kompromis.

Podobnie jest z każdym innym dobrem, do którego dążenie, będzie nas kosztować, jak zwykle, jakąś formę bólu. Cenę, do uiszczenia. I to też jest krzyż, jaki mamy właśnie wziąć.

Wszystkie te „uniknięcia krzyża”, kompromisy transakcyjne „z najwyższą radą”, trwanie w odmowie wobec przykrych części naszego życia, są jakąś próbą narzucenia rzeczywistości naszej własnej jej wersji, by była taką, jaką miała być. Byśmy my byli tacy, jacy mieliśmy być. Jest to wszystko obroną i próbą zachowania de facto – samego siebie, nas samych. Próbujemy w ten sposób – siebie ocalić. Ale ocalić takich, jakimi jesteśmy.

Więc wybór jest taki, że możemy „ocalić siebie” za cenę rezygnacji z pewnych dążeń i zachowań, za cenę braku akceptacji krzyża w postaci bólu i cierpienia doświadczanego w życiu. Albo możemy siebie zacząć tracić, nie na żarty, akceptując to, co było i jest, i nie unikając płacenia „krwią” i śmiercią – w jakimś częściowym, ale odczuwalnym przecież wyraźnie, wymiarze.

Literalnie w ten sposób tracimy wówczas swoje życie, przestajemy być sobą. Jakieś części nas, będą niknąć i obumierać. Co zostaje? Cel oraz Droga w kierunku tego, co wybraliśmy. Droga rozsądna, aktywna. Dobro, oznacza właśnie aktywność, łagodzenie bólu, sprzeciw wobec bezcelowego zadawania cierpienia i ran. Sprzeciw wobec pasywności. Tak, nawet ten sprzeciw będzie kosztować, bo gnieceni będziemy naukami, o świętości bierności i potępiani za każde odstępstwo.

I będziemy robić błędy, jak zawsze. I wracać do tych błędów. Ale biorąc swój krzyż, już się z nimi nie utożsamimy, ani się za nie nie będziemy w nieskończoność potępiać. Bo mamy robić co innego, bo: „Niech idzie za mną”, a to znaczy, że idziemy w przyszłość, która nie jest wcale jeszcze znana i widoczna, ale w której my sami umieszczamy nasze cele: prawdę, dobro, miłość, Boga samego. Więc w tej drodze, dźwigając krzyż, broczymy samymi sobą. Zostają na tej drodze ślady z nas, jakimi byliśmy. I powoli stajemy się inni. Stajemy się „Jego”. Przebłyskami miłości, która nie ma początku ani końca. Która jest po to, aby nas uszczęśliwić. Która jest życiem, przekraczającym i będącym każdym innym życiem. Która jest naszym domem, do której zmierzamy, drogą pełną krzyża, bo innej po prostu – nie ma.

———————————————————————
Audiobook pielgrzymkowy: „Droga” {LINK}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *