Świąt Miłości – życzenia dla wszystkich

Świąt Miłości – życzenia dla wszystkich

 

Właściwie to mamy rację, ilekroć powściągamy swoją miłość, zastępujemy są wymogami, wobec rzeczywistości, wobec innych. Zastępujemy ją żądaniem i wymierzaniem sprawiedliwości, bo tak ma być… dobrze. Tacy sprawiedliwi jesteśmy. Na tym polega dobro, mądrość. Bez tego zapadłby się świat. Więc mamy rację.

Właściwie to trudno zgadnąć, co było dla Boga większą ofiarą, wcielenie czy śmierć. Bo czy wcielenie to nie jest przypadkiem dla Niego śmierć. Rezygnacja na zawsze. Z nieskończonej świadomości tryliardów mgławic galaktycznych, otchłani czasu, kiełkowania każdego istniejącego ziarnka, rozchylenia płatków każdego kwiatu oczekującego rankiem na rosę. Bezpowrotne zejście z tego wszystkiego i stanie się… człowiekiem. Tak jak my, zamkniętym w zbiorze zwykłych ludzkich emocji. Czasem obawy i przerażenia, czasem smutku i żalu co rwie serce. Choć czasem – przyznajmy to – ludzkiej radości, gdy z innymi, gdy razem, gdy prawda, gdy… – my dzisiaj byśmy powiedzieli… – Święta.

Więc Bóg zszedł, ze Wszystkiego, pozbawił się Wszystkiego i stał się człowiekiem. Czy warto było umierać? Umierać jako Bóg? Żeby być jako człowiek? Czy można wyobrazić sobie większe poświęcenie, coś więcej?

I potem jeszcze jedna śmierć. Ta ludzka. Toporna. Bluzgająca krwią i bólem nie do opisania, jak przecież w przypadku tak wielu z nas. Zakrywająca oczy samotnością i poczuciem opuszczenia „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Taka w sumie prostacka, szokująco wymierna, wyrywająca serce z ciała, pragnienie życia ze wszystkich komórek i nici emocji. Taka, gdy już przychodzi, w sumie bezwolna, że można/trzeba ją przyjąć, nie jak król, nie jak jeździec dosiadający losu, ale jak przedmiot na taśmie nieskończoności, który zgodnie lub wbrew swojej woli, przestanie za chwilę – być i koniec…

Więc w sumie to przerażające i zupełnie niezrozumiałe, oczywiście jeśli w ogóle miało miejsce, to wcielenie – śmierć Boga a narodziny człowieka, i ta śmierć za nas. Jak właściwie Bóg musiał – musi? – nas kochać, żeby zdecydować się na coś takiego? Czy istnieją jakieś granice tej miłości, jeśli zrobił, to co zrobił? Gdzie jest jego sprawiedliwość? Odpłacenie nam pięknym za nadobne? Do czego cała ta historia podobna, jeśli tylko nie do jednego, do prawdziwej miłości?

Tej miłości, którą w życiu znajdujemy. Różnie i w różnych miejscach. W ramionach ukochanej lub ukochanego. W ramionach matki, ramionach własnego dziecka. W zwyczajach i brzmieniu kolęd, przy świątecznym stole, gdy zawieszone na czas Świąt prawa tego świata pozwalają nam się cieszyć tym, co najcenniejsze, ciepłem i bliskością innych ludzi, byciem razem.

A bywa tak – nikomu ni życzyć? – że nawet w te Święta zostajemy sami. W długiej kolejce bezdomnych po zupę. W szarych korytarzach ludzkiego niezrozumienia i odwrócenia się. W zakamarkach życia, które ludzi prowadzi do miejsc bezludnych, których nie sposób wytłumaczyć, i wśród tłumu, uśmiechniętych twarzy i „dobrze życzących” bliźnich pozostajemy sami. Sam na sam, z brakiem miłości.

Może szczególnie do tych właśnie, powiedzieć chce coś Bóg. Ze swoją szaloną, niemożliwą na całe szczęście z ludzkiego punktu widzenia, miłością. Chce w nich, w chłodnej  ciemności ich serc, bo pełne oschłości, bo o kamiennych ścianach, bo wypalone już cierpieniem ponad miarę albo pragnieniem bez granic, albo za długo czekali i gówno z tego wszystkiego. Chce w ciemności ich serc zapalić jedną jasną iskierkę. Iskierkę doświadczenia, że są chceni, jak wszyscy ludzie, dla których przyszedł. Przyszedł z Nieba. Z Nieskończoności. Z Wszechmożliwości. Chce im powiedzieć, że są przez Niego właśnie kochani i dlatego ich życie ma Sens, „Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni„.

Więc gdy śnieg na dworze albo wcale śniegu nie będzie, ale choinka, albo choćby kolędy. Więc gdy ten czas, gdzie stawiać będziemy dodatkowe nakrycie dla tych, którzy nie mają z kim zjeść wigilijnej kolacji. Niech wtedy ta Miłość, która z miłości przecież sama siebie poświęciła dla nas, zajaśnieje w sercu każdego z nas. Unieważniając wszystko inne. Bo jest czułością matki wobec dziecka, troską ojca wobec syna, miłością Boga wobec człowieka i stworzenia, tym, co wszystko stwarza, wszystko utrzymuje, we wszystkim jakoś jest, szczególnie w tych świątecznych zwyczajach.

I śpiewajmy kolędy. I dzielmy się opłatkiem, nie dając się zwariować, szatańskiemu postępowi, który oczywiście ma racje, swoje racje, niepodważalane i ciężkie jak wieko grobu i nieszczęścia. Wybaczajmy. Sobie, bo sobie najtrudniej wybaczyć. Innym, bo tych najczęściej obwiniamy. Bogu, jeśli zarzuciliśmy mu niewiarę w nas i zostawienie nas samych.

Siądźmy i oglądajmy, tą iskrę światła, którą na Ziemie przyniósł Chrystus dwa tysiące z grubsza lat temu, dziękując Mu za to. Za to, że stał się jednym z nas. Tym najmniejszym, najlichszym, najbardziej nawet – póki co – pokiereszowanym. I odnajdujmy sens życia, serce istnienia, fundament migającej, kwantowej rzeczywistości, która układa się przed nami we wzór tego, co nas otacza.

Odnajdujmy miłość, bo chyba z niej się wzięliśmy, bo jej – jak kania dżdżu, głupie porównanie – pragniemy, bo ona ciągle jest i na nas patrzy, i trzyma za nas kciuki, i ciągle ma nadzieję. Na co? No cóż, dla nas… Na wszystko…

Dobrych Świąt

 

 


Świąteczny prezent: Strona z uzupełnianymi na bieżąco rozdziałami pierwszego polskiego audiobooka o Camino {TUTAJ}

 

 


Piosenka:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *