Religijna pułapka Bożego Narodzenia

Religijna pułapka Bożego Narodzenia
Francja. Droga do Roquefort.

Pójdziemy na pasterkę, odwiedzimy szopkę w kościele, a przy przychylności aglomeracji nawet na miejskim placu. Odwiedzimy tam Pana Jezusa, który zawinięty w pieluszki będzie leżał w żłobie. Jak nie pójdziemy na tę pasterkę, bo to w nocy, to pójdziemy spotkać Pana Jezusa na mszy. Tam w trakcie celebracji. Na ten krótki czas.

„Dobrze”, że powoli zanika publiczny zwyczaj dzielenia się opłatkiem. Ten gest w gronie tych, których kochamy i lubimy ma jeszcze jakiś naturalny sens. Gdy na spędzie w pracy, człowiek staje wobec obcych sobie osób, uczucie dyskomfortu czy nienaturalności jest pierwszym, wstępnym doświadczeniem. Teraz postęp. Wszystko bardziej naturalne, więc w byznesie, co daje chleb, nawet odniesień i życzeń bożonarodzeniowych się nie stosuje.

I tak oto tworzy się rzeczywistość. On tam, w żłóbku odpowiednich obrzędów, w otoczeniu poświęconego miejsca i stosownych religijnych procedur dostępu, pilnie strzeżonych przez uczonych w „religijnym piśmie” oraz my tu, Tu. Raz na jakiś czas chodzący go spotkać. Gdzie spotkać? Tam.

A może… Bóg jest z nami? Może absurdem jest pomysł, że aby Go spotkać trzeba iść tam, i… w ogóle. Może jest najbardziej bezpośrednio z nami każdej sekundy naszego życia i to, co może nam uniemożliwić spotkanie z Nim, to wyłącznie nasze odwrócenie wzroku, skierowanie uwagi „gdzieś indziej”. Na… na żłóbek w kościele, na własne sprawy, na istotne „problemy” polityczne. Może w każdy z tych sposobów, Bóg przestaje być z Nami, a staje się obok Nas, -„tam”. Wyłączamy Go w ten sposób, z pola naszej świadomości i doświadczenia. Umieszczamy na zewnątrz, w budynku nazywanym kościołem, w religijnej procedurze takiej czy innej, w momencie jej spełniania. Robimy tak, bo tak jesteśmy tego uczeni i być może nie bez powodu.

A może… miejscem narodzenia się Jezusa, nie jest wcale żłóbek. To było raz i dawno temu. Nie jest nim szopka, ani kościół. Może miejscem Jego narodzenia jest spotykany lub mijany przez nas człowiek. Ba, może jest nim, krzywdzący nas, nasz wróg. Czy to jest możliwe? Wtedy… jak żyć?

– Przecież Ciebie nie spotkaliśmy, nie widzieliśmy, nie mieliśmy z Tobą do czynienia! – mówili Mu ci, których nauczał, że byli wspaniali w relacji z Nim. – Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili.

Więc może świętować Boże Narodzenie, to znaczy spotykać Jezusa, to znaczy uśmiechnąć się do drugiego człowieka. To zrezygnować z zysku, jeśli miałoby to przynieść jakąś szkodę drugiemu. To więcej rzetelności i szacunku w stosunku do ludzi. To – tak, to boli – dostrzeżenie człowieka we wrogu. Serio, w nim właśnie. No ale to wymagałoby… no oczywiście, jakiejś, choćby ograniczonej, ale przemiany w nas. A po co się zmieniać? Każda zmiana kosztuje, a my… dokładamy do – już posiadanego – obrazu własnego ja. Do JA, które widzimy stopniowo coraz lepsze i  potężniejsze, w rytm potwierdzeń – płynących z udziału w religijnych obrzędach –  jacy to jesteśmy dobrzy.

Nasi wrogowie nie przestaną być naszymi wrogami, od tego, że dostrzeżemy w nich ludzi, tj. gdzieś na dnie – nas samych. Głupawe nauki duchowieństwa, zatytułowane „zło dobrem zwyciężaj”, a niosące treść „nie stosuj siły wobec tych, co stosują wobec ciebie siłę” do niczego dobrego nie prowadzą. A jednak tę siłę i przeciwstawienie się możemy stosować lepiej. Bez obciążenia tym, co daje negatywną energię, bez nienawiści. Więc Bóg nie rodzi się ponownie „tam”, On się rodzi w nas i w nich.

I to chyba jest największa tajemnica Bożego Narodzenia, to jego ostateczne rozgraniczające przesłanie: Bóg rodzi się w ludziach. Bo jeśli tam się nie rodzi, to… możemy im zrobić wszystko, bo…. już na to zasłużyli. Bóg rodzi się tobie, i we mnie – w co czasem najtrudniej uwierzyć. Rodzi się w każdym z nas. I wita nas uśmiechem znajomej osoby. Zatrzymaniem się starszego Pana, który dwadzieścia minut pomaga mi – wydajnie – reperować rower gdzieś daleko od domu. Pozdrawia nas dobrym słowem od dawno nie spotkanego znajomego. Wspiera uczciwym zachowaniem osoby po drugiej stronie transakcji. W końcu poważnie się na nas denerwuje, gdy zamiast Jemu zaufać, w Nim nadzieję „położyć”, Jemu pozwolić być w nas, odwracamy od Niego wzrok i budujemy Siebie, coraz większego, coraz świętszego, coraz dalszego do Miłości, która ponad dwa tysiące lat temu stała się ciałem i zamieszkała między nami.

Być może, żeby On mógł się narodzić, to my musimy umrzeć. Albo przynajmniej to, cośmy stworzyli, jako JA, co wiemy, co ciągle, w tym także drogą religijnych obrzędów, wzmacniamy. Gdy „nas” już nie będzie, wtedy przyjdzie On i „stworzy w nas serce nowe”, to znaczy wypełni nas treścią, jakiej nie znaliśmy. I będziemy nowi. Odrodzeni. Będziemy częścią relacji z Bogiem i z ludźmi. Częścią Miłości, która przez nas i do nas, uśmiechnie się w ten grudniowy wieczór i nie tylko…


Książka za pieniądze i za darmo na święta {Link}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *