Camino – w odpowiedzi na tekst w tyg. „Niedziela”

niedziela.pl

Tekst z tygodnika „Niedziela”, w którym Witold Gadowski przedstawia swoją propozycje-wizję „Wielkiego Marszu” ścieżkami Jakubowymi, spotkał się z żywą reakcją pielgrzymów. Dodajmy, w większości z reakcją negatywną. Dlaczego?

Otóż wydaje się, że ten tekst z największego tygodnika katolickiego ilustruje zderzenie dwóch różnych od siebie i „niekompatybilnych” postaw wobec religijności i rzeczywistości.

Postawa pierwsza to postawa pielgrzyma. Postawa człowieka, dla którego fundamentem jest doświadczenie. Jego własne doświadczenie. Wiedzę o rzeczywistości czerpie on właśnie z tego, czego doświadcza. Wiedzę o własnej słabości i niedoskonałości. Wiedzę o dobru, i czasem jego braku, u innych ludzi.  Wiedzę o tym, że Boga się ciągle i zawsze poszukuje, bo ciągle i zawsze na tej Ziemi jesteśmy „w drodze”.

Druga postawa to postawa człowieka, który „wie”, dla którego fundamentem jest ideologia, taka lub inna. Wiedzę o rzeczywistości czerpie on z od „tych, co wiedzą”,  czerpie ją z nauk, z przekazów medialnych, z konstrukcji intelektualnych.  Wiedzę często o tym, jak bardzo jest osaczony i napadany, jak niscy i pełni podłości są ludzie mający sprzeczne z nim poglądy, jak wzniosła i dobra jest jego własna formacja duchowa i religijna. Wiedzę o tym, że drogą do budowania dobra będzie konflikt, że Boga już znalazł, że  teraz innym ma pokazać, jak wierzyć właściwie, jak wygląda prawdziwe chrześcijaństwo.

Dla pielgrzyma nieznani ludzie to szansa. Widzi w nich możliwe dobro i ludzi równych sobie, niezależnie od ich koncepcji życia i rozumienia świata. Chce im pomagać i doświadczać pomocy, by w ten sposób zakwitło na ziemi to, co my nazywamy chrześcijaństwem, a inni człowieczeństwem.

Dla ideologa nieznani ludzie to zagrożenie. Widzi w nich możliwe zło i,  jeśli mają zdanie różne od tego „słusznego”, ludzi niższych od siebie. Takich ludzi chce pokonać, zwyciężyć, by w ten sposób zakrólowała wersja wiary i przekonań, które przyjął za własne i jedynie słuszne.

Jak napisał jeden z komentujących, Camino to „nie tylko geograficznie umiejscowiony szlak i punkt docelowy – Santiago, ale sposób pielgrzymowania”. I tego właśnie pan Witold i jego zwolennicy nie rozumieją. Bo camino to jest pewien fenomen spontanicznie stworzony (odtworzony) przez ludzi z całego świata, z których jedni wyruszają na trudną osobistą pielgrzymkę, w której nikt im nic nie organizuje, w której swój materialny i mentalny bagaż niosą na plecach do św. Jakuba, w której mierzą się osobiście z problemami, stają twarzą w twarz z nieznanym sobie światem i nieznanymi sobie ludźmi. Właśnie tak – nieznanymi, a nie obcymi.

Inni, z kolei, chodząc po drogach i lasach, malują i mocują znaki wiodące do Santiago de Compostela. Nikt im tego nie każe, robią to, poświęcając swój własny czas i energię. Jeszcze inni zakładają, prowadzą i obsługują albergi czyli schroniska dla pielgrzymów. I to wszystko się dzieje – nie do uwierzenia – spontanicznie.

Podstawowym doświadczeniem camino, jest właśnie doświadczenie spotkania nieznanych sobie ludzi. Ze zdumieniem caminowicze odkrywają, że mówią językiem tych samych marzeń, pragnień, wartości, co Hiszpanie, Niemcy, Włosi, Amerykanie, nawet – o dziwo – często Azjaci. Ze zdumieniem odkrywają, że będąc wśród „nieznanych”, są wśród… swoich. Odkrywają, co to znaczy „być człowiekiem”. To znaczy być dla drugiego, to znaczy pomagać, to znaczy uśmiechać się, to znaczy szanować. Być może to jest definicja postawy chrześcijanina.

Tym, co jednoczy setki tysięcy – to daleko więcej niż w wizjach pana Gadowskiego – pielgrzymów idących do Santiago jest miejsce pochowania Apostoła Jezusa Chrystusa. Tak naprawdę, czy to będą osoby religijne czy deklarujące niewiarę bądź inną religię, wszyscy idą do Boga, bo tak naprawdę – wszyscy Go pragną, „jak zeschła ziemia wody”.

Może nie pragną starca z rozwichrzoną brodą podnoszącego palec do góry z przyganą i groźbą. Pragną realnej miłości, która podnosi, która prowadzi, w której można się odnaleźć, bo Ona kocha. Pragną Boga, któremu mogliby oddać całe swoje życie, wszystkie swoje wzruszenia, wszystkie marzenia. Mogliby, bo On, nie jest przeciwko nim. Bo On tak naprawdę jest w drugim, idącym obok lub mijanym, człowieku. Nie w przenośni i nie poetycko, tylko jak najbardziej – rzeczywiście.

Więc chodzenie do Santiago de Compostela to są takie wielkie światowe rekolekcje. Rekolekcje zupełnie dziwne, bo stworzyły się same, choć ich zaczątkiem było wezwanie skierowane przez naszego ukochanego Papieża – św. Jana Pawła II. To są rekolekcje niezwykłe, bo odnoszące się do samego serca człowieka. Można powiedzieć, że to rekolekcje śladów. Jedne ślady zostawiają pielgrzymi w przestrzeni i czasie. Te ślady właśnie tworzą „el Camino”. Drugie ślady zostawia doświadczenie tej unikalnej pielgrzymki w ich sercach.

Dlatego… dlatego właśnie, budowana na poczuciu zagrożenia, w permanentnym dostrzeganiu nienawiści u tych, co mają inne poglądy polityczne lub religijne, nastawiona na konflikt i pokazanie własnej wyższości inicjatywa, nijak NIE PASUJE do Camino. Jest tego Camino wypaczeniem.

Gdy Autor tej propozycji oznajmia: „Zostaliśmy zamknięci w naszej  Twierdzy i zewsząd uderzają w nas podmuchy totalnej wizji przyszłości”, to nie sposób nie przypomnieć mu, co o prawdziwym życiu w jego wyobrażonej „twierdzy” pisał już w 1932 roku prymas Polski August Hlond:

„Klęską dzisiejszego życia publicznego jest nienawiść, która dzieli obywateli Państwa na nieprzejednane obozy i postępuje z przeciwnikami politycznymi jak z ludźmi złej woli, poniewiera ich bez względu na godność człowieczą i narodową, zniesławia i ubija moralnie.”

I w kolejnym swoim liście:

„kto z innego obozu, a zwłaszcza kto politycznym przeciwnikiem, tego uważa się za wroga. Nie uznaje się w nim nic dobrego, żadnych zalet, żadnych zasług. Przeciwnik musi być zły. Do niego stosuje się bez skrupułu kłamstwo, podejrzenie, oszczerstwo. (…) Wyklucza się możność zgody i współpracy”.

Taki to obraz wnętrza „Twierdzy” Witolda Gadowskiego wyłania się z pism prymasa Polski. Czyż nie jest on częściowo adekwatny dzisiaj? Przecież w rzeczywistości nie ma żadnej „twierdzy” i nikt nikogo w niej nie zamykał. Tak naprawdę to identyfikujący się z postawą autora „Niedzieli” chcą zamknięcia innych Polaków „w twierdzy”. To intelektualna konstrukcja, której celem jest wywoływanie poczucia opresji, zagrożenia i krzywdy, by tym łatwiej uzasadnić demonizowanie osób o odmiennym rozumieniu rzeczywistości.

W tekście „Niedzieli” czytamy, co następuje:

„Pokrzyżujemy szyki tym, którzy z nienawiścią traktują takie pojęcia jak „naród” i „katolicyzm”. Chcą wyginięcia narodów. Zwolennicy „komunoeuropeizacji” powiedzą: Tak, to proces nieuchronny…”

I jak tu nie wrócić do słów prymasa Hlonda opisujących życie polskie blisko 90 lat temu:

Chorobliwe podniecenie i namiętność polityczna zasłaniają spokojny sąd o ludziach i sprawach, mieszają politykę do wszystkiego, wszystko osądzają ze stanowiska partyjnego,  wyolbrzymiają znaczenie wypadków publicznych, wnoszą niepokój w całe życie.”

Cała propozycja zamieszczona w „Niedzieli” ma – gdy się bliżej przyjrzeć – charakter pomieszania polityki i religii. To się nigdy dobrze nie kończy, ani dla polityki, ani dla religii.

Camino „z definicji” jest nastawione na duchowy wzrost i ewentualną przemianę osoby, która pielgrzymkę tę odbywa. „Camino” w wersji Witolda Gadowskiego jest nastawione na ZEWNĄTRZ, do tych „złych” ludzi w Europie.

Myślę, że Camino jest dla każdego i KAŻDY może nim iść tak, jak chce, o ile nie narusza to ogólnie przyjętych zasad współżycia między ludźmi. Maszerowanie w wielotysięcznym tłumie – z feretronami, nawet za „przywódcami o mężnych sercach, co to wezwali lud na marsz” – takich ogólnie przyjętych zasad nie narusza, więc, jak najbardziej, można tak też pielgrzymować.

Ale Camino nie jest NA POKAZ. Camino jest dla jego uczestników pewnego rodzaju drogocennym, duchowym doświadczeniem, których teraz naprawdę bardzo mało. Doświadczeniem czystym, prawdziwym, niezafałszowanym.

Gdy widzą ci pielgrzymi teraz, jak jakiś Autor w „Niedzieli” chce Camino wykorzystać do „rechrystianizowania” Europy metodą marszu polityczno-religijnego, to nie ma się co dziwić, że „krew się w nich gotuje” i wyrażają swoją dezaprobatę.

Życzę Panu Gadowskiemu i osobom popierającym tę inicjatywę, żeby przeszły Camino. Całe. Minimum te 870 km jednym ciągiem przez Hiszpanię. Najlepiej jakby najpierw, przeszli je osobiście, to zupełnie inne doświadczenie, a najlepiej to z Polski do Santiago.

Nie ma nic niewłaściwego w procesji z feretronami. Odwrotnie, ten aspekt religijności na szlaku, na wzór – bo to kopia – pielgrzymek na Jasną Górę, może być ciekawy i inspirujący dla wszystkich. O ile… o ile… nie będzie on nachalny, planowany jako „szok”, o ile nie będzie się idiotycznie zupełnie straszyć uczestników, jak to będą napadani przez islamistów i więzieni za symbole religijne, o ile nie będzie się im prać mózgów, jacy to mieszkańcy zachodu Europy źli, a oni święci i dobrzy.

Jeśli taka pielgrzymka, przebiegałaby w pokorze, w radości, w dzieleniu się z innymi, w nawiązywaniu przyjaźni, w poznawaniu rzeczywistości, to byłaby po prostu kolejną formą pielgrzymowania ścieżkami jakubowymi. W przedstawionej postaci, pielgrzymowaniem jakby nie jest, jest wykorzystywaniem pielgrzymowania do tworzenia przedsięwzięć mieszanej natury polityczno-religijnej, budowanych na przekonaniu o własnej wyższości i nastawionych na oczekiwanie wydarzeń konfliktowych i jaskrawych.


Moja książka o Camino: {LINK}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *