10 zasad pielgrzyma – Bądź dobrym towarzyszem drogi

Del Norte, Zarautz, ranek

Właściwie na Camino dostaje się to w pakiecie, to znaczy – dobre towarzystwo. Ludzie pozdrawiają się nawzajem, uśmiechają, pomagają sobie. Na innych pielgrzymów można po prostu liczyć. Człowiek, choć często idzie sam, wcale sam nie jest.

Całkiem odwrotnie niż czasem w codziennym życiu, gdy jesteśmy otoczeni ludźmi i miewamy poczucie… samotności. Bo tak naprawdę nie ma do kogo szczerze „gęby otworzyć”. Bo wszyscy zainteresowani są swoimi własnymi sprawami, bo jeśli słuchają, to przez pryzmat – co z tego może dla nich wynikać.

Z dobrym towarzyszem można się dobrze bawić, co strasznie ważne w życiu. Można z nim przechodzić przez trudne etapy, gdzie pod górę, w błocie, w deszczu i tak dalej. Jak to w życiu. Ale najważniejsze w dobrym towarzyszu jest to, że potrafi słuchać.

Rozmowy, jakie czasami zdarzają się na Camino, nie mają sobie równych. Ludzie mówią o sprawach, o których w innym wypadku czasem by nie powiedzieli. I tak… dzielimy się ze sobą, na tej drodze, swoim życiem, swoimi sercami, emocjami, tym, co gdzieś głęboko w człowieku, czego boimy się dotknąć w zwykłych warunkach.

Być dobrym towarzyszem, to zauważać drugiego. Właśnie tak – zauważać człowieka. Bo każdy tego pragnie, bo każdy tego chce – być zauważonym, dostrzeżonym. Może takie dostrzeżenie i słuchanie zamiast napraszania się z własnymi historiami, to jakaś forma miłości?

Ale są zwykle dwie osoby, dla których już takim dobrym towarzyszem nie bywamy. Pierwszą z nich jest Bóg. Uczymy się, że to jest osoba, mówimy o Nim Ojciec. Oddajemy mu cześć. Znamy sporo modlitw. Chodzimy do kościoła. Ale czy Go na codzień realnie dostrzegamy? Czy mówimy do Niego jak do przyjaciela?

Niekoniecznie. Bo teraz trzeba kupić bułkę, tam jest ładny kościół, potrzeba zrobić pranie, potem na miasto. Albo znowu boli, serce albo noga i brniemy sobie na przekór przez ten ból. On mieszka w kościele. Więc jak do niego dotrzemy, to się pomodlimy. Traktować go jak przyjaciela? Mówić mu swoim językiem jak jest? Przecież to nie wypada! Nawet nie myśl sobie! – przestrzegał przed takimi zachowaniami ksiądz w trakcie kazania.

To nie myślimy. Idziemy. Przez życie. Bo to sędzia albo król, ale nie normalny przyjaciel, któremu moglibyśmy towarzyszyć. Taka religijność nasza. Dostojna, nierealna, może czasem sztuczna albo błędna.

drugą osobą, której czasem nie bardzo chcemy znać i posłuchać bywamy… my sami. Życie codzienne, nieustanny bieg bardzo sprzyja temu zerwaniu więzi i towarzystwa w stosunku do samego siebie, własnych emocji, do tego, kim się – gdzieś głęboko-  jest.

Staramy się czuć to, co ktoś „dostojny” nam wyznaczy. Staramy się robić to, co „trzeba”. Tak mocno się staramy, że usłyszenie siebie staje się już niemożliwe. Niestosowne. Nie do zrobienia w tym świecie.

Camino jakby rzuca nam w twarz ten brak zażyłości. Stawia przed nami, to, o czym w sobie zapomnieliśmy, to, co „sprzedaliśmy” w zamian za korzyści, akceptację, ze strachu… Możemy znowu zacząć dostrzegać siebie. Takim jakim jesteśmy, bo las, bo droga, bo tylko my na niej wśród tych wszystkich odgłosów, ruchów liści, kroków pielgrzyma przebiegających przestrzeń i czas.

W tym „towarzyszeniu” innym ludziom, Bogu i sobie samemu, jest coś dziwnego. Coś nieuchwytnego, ale bardzo realnego. Coś, co się czuje i do czego się tęskni. Tak jakbyśmy poznawali, że to jest coś, co nam pisane, bo może kiedyś „tam” byliśmy, bo „to” teraz doświadczamy, bo „tam” przecież – zmierzamy.

 


Pozostałe z 10 zasad pielgrzyma:
Licz na siebie
Ufaj Bogu
Nie jest za późno

Książka „Droga„, całkiem niezwykła 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *