Camino – „Czy osiągnął Pan Cel?” cz 1

Espana

Serdecznie dziękuję za list.

Są pewne sprawy, które nijak do poziomu publicznego nie dotrą, choć to zależy od osobowości i spotkałem ludzi, u których takiego stopniowania nie było. Chyba wychodziło im to na zdrowie, sam nie wiem.

Ja myślę, że religijność postrzegamy jako coś, co powstało wskutek spotkania objawienia. Czyli najpierw objawienie, potem religijność. Tymczasem jest chyba inaczej. Najpierw są ludzie z ich zwyczajami, postawami, potrzebami. Potem się to spotyka z jakąś treścią duchową i powstaje pewien „mixt”, mieszanka, która z jednej strony jest dostosowana do ludzi, do których ma docierać, z drugiej zachowuje jakieś elementy pierwotnego przekazu.

Czy religia to to samo, co wiara? Mi się wydaje, że nie. Powiem więcej, mam wrażenie, że pełna zapału i uczestnictwa, ale skrzywiona, religijność może być drogą do piekła, do miejsca, które jest dokładną odwrotnością tego, co jest istotą chrześcijaństwa. Ale to może pogląd zbyt rewolucyjny. Lepsze są uładzone „twierdzenia”, za które zostaniemy poklepani po plecach.

Czy ja osiągnąłem cel? Cóż mam Panu powiedzieć, poza może trywialnym i tak, i nie? O wiele więcej wiem, inne jest moje podejście do kwestii religijnych. Ale jeśli Pan pyta o to, czy znalazłem coś, czy osiągnąłem coś, co teraz MAM i mogę jakoś się tym cieszyć, z tego korzystać, wiedzieć, że owo coś posiadam, to odpowiedzieć brzmi: nie. Nie mam.

Myślę, że pewnie to może jest taki błąd. Myślenie, że gdzieś kiedyś, w przyszłości albo w przeszłości, może być coś, co jak będzie nasze, to będzie jakieś nasze spełnienie. Wie Pan, od tej pory, będziemy szczęśliwi i w ogóle… taki kamień filozoficzny.

Mi się wydaje, że tak nie jest. Że tak naprawdę, cel i podróż czyli pielgrzymka, wydarza się w tej właśnie sekundzie, w której czyta Pan ten tekst. I w innej sekundzie, gdy będzie Pan patrzył przez okno i zastanawiał się, ja nie wiem nad czym, ale ludzie zazwyczaj się nad czymś zastanawiają. Chodzi mi o to, że TO nie jest gdzieś i kiedyś, tylko jest ZAWSZE TERAZ.

To „TERAZ” to właśnie moment i miejsce gdzie realizują się nasze najszczytniejsze bitwy, najpoważniejsze wyzwania, choćbyśmy myśleli, że to absurd, bo przecież wchodzimy do sklepu albo robimy porządki w domu, albo zasypiamy. To w końcu nie znaczące momenty – tak sobie myślimy. Nie. Tak nie jest. Każdy moment naszego życia jest najbardziej znaczący, w każdym z tych momentów możemy upaść pod krzyżem, który przychodzi nam dźwigać, możemy wznieść się ponad falę, która nam grozi pogrążeniem, możemy wszystko.

Ta szara, doraźna, powtarzająca się, nic nie znacząca pozornie rzeczywistość każdego dnia, jest wg. mnie naszym przeznaczeniem, naszym polem bitwy, jest sądem i rozstrzygnięciem jednocześnie. To jest jak ten jeden, zwykły krok, który dane mi było zrobić na mojej drodze do Santiago.

Więc nie wielkie dzieła, nie przełomowe dokonania, ale w pojedynczych, zwykłych chwilach przegląda się wielkość naszego życia i całość naszego przeznaczenia.

Czy pielgrzymka uczyniła mnie szczęśliwszym? Nie wiem. Chyba nie. Spotkałem się z innymi ludźmi niż ci, wśród których żyłem całe życie. I było to spotkanie przykre, bo doświadczyłem, czym naprawdę są relacje w moim własnym kraju i społeczeństwie. Niestety, nie wygląda to dobrze. Może sam mam trochę pecha i gdybym wymienił ciąg zdarzeń i doświadczeń z rąk „bliźnich” to wyszedł by z tego jakiś ponury film.

Ostatecznie rzecz biorąc, idąc, pytałem o to, na czym polega życie, o co w nim chodzi, co jest jego treścią. Zamiast słownych odpowiedzi dających się wyrazić w zdaniach języka, doświadczyłem i może jakoś nauczyłem się, nieco innej religijności. Może świadomości śmierci. Tego, że wszystko się skończy, że w końcu zostanę odarty ze wszystkiego. Co wtedy? Nie wiem. Zawierzam siebie, Jemu. To cała moja nadzieja. Mówię Mu po ludzku czasem… jak jest. Bo czasem nie ma do kogo pyska otworzyć, a człowiek obrywa na odlew od bliźnich, bywa, wysoce religijnych. Chcę po prostu, żeby wtedy mnie przyjął. Żebym mógł być taki, jak On już zechce, zaś tu, jest pył drogi, wysiłek, zmęczenie i czasem, trzeba się cieszyć gdy się zdarzą, chwile radości.

Ta droga jest często „pod prąd”, na przekór wszystkim tym, którzy dołożą starań, by nam udowodnić, że racja jest po stronie ich sposobu życia i widzenia świata. Nasz wielki poeta pisał

– oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

I… już nas nie będzie. Tymczasem jesteśmy. I nie dlatego, że chcemy i spełnia się nasz zamiar, tylko z zupełnie innego powodu. I skoro jesteśmy, to możemy coś zrobić. I każda emocja wyrażona w stosunku do drugiego, każdy gest zapisuje się na tkaninie życia, która przesuwa się przez czas.

Te ślady nigdy nie przepadną i nie znikną. Naszym przeznaczeniem jest – myślę – walka. W tej walce – godność. A gdy to możliwe, to radość, z ludzi, z dobrych chwil, z pięknych widoków, które dane nam oglądać. Ale najważniejsze chyba to nasze obrócenie się do „poza”. Owo „poza”, jak uczy Jezus, jest osobowe i nas chce. Nie bardzo w to, bywa, wierzymy, wziąwszy pod uwagę naszą sytuację czy okoliczności życiowe. Ale właśnie wtedy mamy wybór, zaprzeć się i postawić na Niego, czy przyjąć do wiadomości to, co mają nam do powiedzenia nasi „kibice”.


Zachęcam, tych, co nie czytali, do przeczytania mojej książki „Droga”  – {LINK}

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *