Camino 2015, zdjęcia: dzień 130 Warszawa

130 dnia wsiadłem w Santiago do samolotu. Widząc wolne miejsce przy oknie z prawej, zapytałem stewarda czy mogę się przesiąść. – Po instruktażu – odpowiedział. Po jakim instruktażu? Ale moment później już wiedziałem. Stał z przodu i gestykulował. Co robić, jak już nie będzie „co robić”? Fajne. Samolot oderwał się bezgłośnie. Najpierw 10, 20 metrów. Potem wyżej i wyżej. Powoli rzeczy stawały się znakami, kreskami, punktami. Lot do Madrytu był krótki. Nowe lotnisko – szkoda gadać. Ul. Gęsto. Ciasno. Gorąco. Różne przygody oczywiście, o tych jak zechcecie przeczytacie w książce.

Po omacku próbowałem robić zdjęcia. Część z nich wyszła, inne nie. Te na które warto rzucić okiem, zamieściłem poniżej.

– I co, odmieniony? – Zapytał mnie świeżo upieczony absolwent medycyny wracający z Ameryki Południowej ze stażu.
Chwilę się zawahałem z odpowiedzią. Ale ostatecznie powiedziałem prawdę:
– Spokojniejszy. – Bo może o to właśnie chodzi. Nie o to ileśmy przeżyli, znieśli, doświadczyli. Może chodzi o to, czy to nas zmieniło. Co się w nas zmieniło? Na chwilę. Na stałe. Czy staliśmy się inni, np. dzięki Camino?

Odpowiedź jakiej chciałoby się udzielić brzmi: – Oczywiście, że tak, to takie wspaniałe przeżycie! – Odpowiedź jaka może przyjść po czasie: – Może jednak nie. Tak naprawdę jestem podobny, podobna do tej osoby, jaka była na początku. Więc czy coś się zmieniło? Czy coś zmienia się w nas? Ja myślę, że tak. Gdy się tak czasem sobie przyglądam, w różnych usiłowaniach i staraniach, to dochodzę do wniosku, że zmiany następują, ale każda zmiana prawdziwa, tak naprawdę jest stopniowa, w sumie – powolna. Więc jeśli zmienia się w Tobie, we mnie, niewiele, to nie jest wcale źle, to właśnie dobrze. Bo to jest krok, bo jesteśmy marszem, zmierzaniem złożonym z takich kroków. I potem na końcu, aż trudno uwierzyć, że taką drogę przeszliśmy, usiłując tak naprawdę zrobić ten kolejny krok.

I to już koniec, moich wpisów, prezentujących zdjęcia z mojej pielgrzymki. Też dziwne, patrząc teraz wstecz. Ponad cztery miesiące tych wpisów. Jednak to było coś. I właśnie tego wam wszystkim życzę. Stawiania sobie odległych celów oraz uporu i odwagi. Zwykłego codziennego. Ten upór, konsekwencja, wszystko zmienia. Sprawia, że idziemy, gdziekolwiek byśmy nie zmierzali. Serdecznie dziękuję, każdej osobie, która spojrzała na zdjęcia, każdej, która zamieściła jakiś komentarz. Jestem wam po ludzku wdzięczny, bo to też jakiś tam sposób, wiem wirtualny i niedoskonały, na bycie razem. To bycie, którego dopiero na szlaku, można w całej pełni doświadczyć. A więc… ruszajcie w waszą drogę. Piszcie ją swoimi krokami. Bądźcie dla innych odnalezieniem. I niech święty Jakub i sam Ojciec, będzie wam i mi, zawsze pomocą na drodze.

———————————

Całość relacji w książce dostępnej w wydawnictwie Gaudium:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *