Camino 2015, zdjęcia: dzień 121 Santiago de Compostela

Nie da się, po prostu nie da się, pewnych rzeczy opowiedzieć. Po 120 dniach od kiedy wyszedłem z domu, rankiem ruszyłem do Santiago. Chyba wcale nie wierzyłem, że tam dojdę. Byłem po prostu zawzięty. A może coś więcej w tym było? Coś nie mojego? Gdy wchodziłem do tego miasta, zobaczyłem całą swoją pielgrzymkę, całe swoje Camino. Bo Camino, to nie jest żaden szlak, ani Francuski, ani del Norte, ani jeszcze inny. Camino to jest osobiste przeżycie i doświadczenie każdego z nas, pielgrzymujących po jakubowych ścieżkach.

Ma to Camino dziwną właściwość, bo ile z siebie damy, szczerości, prawdziwości, trudu, czasem ryzyka, czasem bólu, tyle otrzymamy z powrotem. Co ja mówię, dziesięć razy więcej. Ale wciąż, dajemy i otrzymujemy. Dlatego tworzymy i dokładamy, każdy swoje Camino. I w tym doświaczeniu, czasem bezpośrednio na drodze, czasem już po niej – spotykamy się. Można powiedzieć, że trochę odnajdujemy na powrót siebie i ludzi.

Kolejka po compostelkę była niemożliwie długa. Chyba dwie godziny stałem. Za mną, tak, tak, rodacy. Mili i uprzejmi. Potem katedra. Zdjęcia, zwiedzanie. Wizyta u grobu Apostoła. Wiadomo. Nie ma co mówić. Wyszedłem, na Obradoiro, potem poszedłem z boku katedry. Była tam długa kamienna ława przy murze. Siadłem, położyłem się, patrzyłem, czułem. Co? To przeczytać możecie w książce. Jakiś gitarzysta grał. Ptaki się wzbijały, to lądowały. I ja jakoś byłem, w tym mieście na końcu świata (dla mnie). I wiedziałem, że zawsze już tu będę. W taki czy inny sposób.

Postanowiłem zostać w Santiago na dzień następny – niedzielę. To miała być moja modlitewna kulminacja. Potem w poniedziałek chciałem ruszyć nad Atlantyk, raz jeszcze nad Atlantyk, do Finisterra.

———————————

Całość relacji w książce dostępnej w wydawnictwie Gaudium:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *