Camino 2015, zdjęcia: dzień 118 Miraz

Rodzice Małgosi mieszkali rzut beretem ode mnie, ale… to było przed wojną. Potem ten straszny czas i emigracja na stałe w Anglii. Już tam została. Włączyła się w działania Stowarzyszenia CSJ „The Confraternity of Saint James”.

Wstałem bardzo wcześnie, po dwóch dniach, każdy po 36km, postanowiłem trzeciego przejść 38, do Miraz. Rankiem niesamowita tęcza. Potem deszcz i deszcz. Potem te słupki, od których kręciło mi się w głowie: 111 km 111m, 100 km, mniej. Gdy wychodziłem z domu…, a co tu gadać. W końcu doszedłem do Miraz.

Małgosia będąc we władzach angielskiego CSJ przyjechała do Hiszpanii, do albergi prowadzonej przez jej stowarzyszenie. Wchodząc, widziała siedzącego przed drzwiami, zmarnowanego pielgrzyma. Gdy usiadła za biurkiem gotowa po raz pierwszy do przyjęcia pierwszego swojego pielgrzyma w Hiszpanii, ten zmarnowany gościu wsunął się przez drzwi i usiadł naprzeciwko niej. Gdy wzięła do ręki „ID Card” zamarła. Pierwszym pielgrzymem w ogóle, jakiego miała przyjąć w angielskiej alberdze w Hiszpanii, okazał się Polak, który idzie na piechotę z Lublina, tuż obok miejsca, gdzie mieszkali jej rodzice.

I tak oto los dziwne nam drogi szykuje i nas zaskakuje. Było tego wszystkiego owego dnia dużo więcej. Łącznie z moim solo w kościele. Ale o tym to już w książce, do której, przeczytania jak zawsze namawiam. Gdy tak namawiam, to ludziom się wydaje, że czegoś od nich chcę, że chcę dostać coś od nich. Ale… może jest odwrotnie. Choć w to oczywiście, nie sposób uwierzyć 🙂

———————————

Całość relacji w książce dostępnej w wydawnictwie Gaudium:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *