Trzy drogi: chrześcijanin, egoista, nihilista

20150728_084752

Celem chrześcijanina jest jego własne szczęście. Chce pójść do nieba, a to oznacza, że chce być szczęśliwy. Egoista też chce własnego szczęścia. Zrobi wszystko, by je osiągnąć. Poświęci wszystko i wszystkich.

Jeden i drugi chce dokładnie tego samego. Jeśli egoizm jest dążeniem do własnego szczęścia, to chrześcijanin jest egoistą. Jaka jest więc różnica między tymi dwoma typami ludzi, między tymi dwoma postawami? Czy może to jest jedna i ta sama postawa występująca w dwóch „formach”, „otoczkach ideowych”?

Różnicą jest metoda. Choć cel jest ten sam – dobro własne, doświadczenie szczęścia, to różna jest droga do tego celu.

Chrześcijaństwo polega na utracie siebie. Siebie można odnaleźć, uratować wyłącznie siebie tracąc. Zostawiając siebie za sobą i wyruszając w kierunku Dobra, w kierunku Miłości, w kierunku Boga. Taki człowiek zostawia literalnie wszystko: każde swoje pragnienie, każde swoje oczekiwanie, każdą swoją myśl i w centrum swojego wzroku i swojej uwagi stawia Boga. Jest drogą do Boga i na tej drodze traci siebie samego.

Wszystkie przykazania, nakazy i zakazy są wobec tej postawy sprawami całkiem wtórnymi i bez większego znaczenia. To właśnie powiedział Jezus: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto je straci z mojego powodu, ten je zachowa.” I też: „Będziesz kochał Pan Boga swego z całego serca swego, z całego umysłu swojego, ze wszystkich sił swoich”. Nie jest to metafizyczna parabola znaczeniowa, tylko konkretny przepis do stosowania.

Egoista, w odróżnieniu od chrześcijanina, chce siebie uratować i zachować takim, jaki jest. Ceni siebie takiego, jakiego zna albo takiego jakiego chce i chce siebie takiego właśnie ochronić, powiększyć, wzmocnić. Uwaga egoisty jest skoncentrowana na nim samym, gdy uwaga chrześcijanina jest skoncentrowana na Bogu i bliźnich.

Chrześcijanin chce uszczęśliwić siebie poprzez utratę siebie i wierzy, że Bóg go „odtworzy”, zbuduje na nowo, większym, szczęśliwszym, pełniejszym. Egoista chce uszczęśliwić siebie poprzez zachowanie siebie. Pomysł, że miałby siebie wyrzec jest dla niego absurdalny, bo miałby się wyrzec tego, czego pragnie – siebie samego.

Chrześcijanin jest wiecznie „w drodze”. W drodze utraty siebie, w drodze do Boga, w drodze do odnalezienia siebie na nowo. Egoista jest wiecznie w tym samym miejscu, jest „u siebie”. Wzmacnia ściany swojego „ja”, obudowuje je cegłami, oblewa się cementem, chce być niezniszczalny w środku. Jest ciągle w miejscu, które chce posiadać.

Nie należy popadać w błąd. Zarówno chrześcijaństwo jak i egoizm dają człowiekowi pozytywne odczucia. Dają satysfakcję, poczucie „przyjemności”, spełnienia. Dają doświadczenia odbierane jako przyjemne. Dają to, czego człowiek potrzebuje – odczucie szczęścia.

Możemy zjeść jakiś specjalny dla nas owoc. Każdy pewnie pamięta, taki niezwykły smak i wszystkie doznania jakie się z nim wiązały. Dla mnie to była dojrzała w słońcu, nagrzana nim, zerwana wprost z drzewa francuska brzoskwinia. Nie do opisania. Możemy też wstrzyknąć sobie heroinę. (Ponoć) Wrażenia są nie do opisania.

Ewa zjadła zakazane jabłko w raju i poznała, że „dobre”. Egoizm daje bezpośrednie poczucie niezwykłej przyjemności i spełnienia. Gdy się go spróbuje, człowiek staje się uzależnionym od niego i staje się egoistą, tak jak po heroinie człowiek staje się heroinistą. Zmienia się przede wszystkim jego postrzeganie „I otworzą wam się oczy”. I uczciwie mówiąc – nie widzi – innej możliwości życia.

Jednak przyjemność płynąca z egoizmu i z heroiny ma swoje „przeklęte” konsekwencje. Konsekwencje straszne. Konsekwencje określane w języku religijnym jako „piekło”.

Egoistą można być także, będąc człowiekiem szalenie religijnym. Uczestniczącym gorąco i często w obrzędach. Wyznającym głośno i publicznie. Walczącym o religię. Taki człowiek po prostu już „ZNALAZŁ”. Myśli, że „WIE”. To jego przekonanie sprawia, że donikąd tak naprawdę już nie zmierza. Widzi siebie jako dobrego, bo przecież się modli, bo przecież wierzy, bo przecież chodzi, bo przecież przestrzega przykazań i wszystkiego robi więcej niż inni. Więc JEST dobry. Więc chodzi mu o to, by takiego siebie zachować, utrzymać. I to może być właśnie droga do piekła, to jest do zamknięcia się na sobie.

Bo taki człowiek, zaczyna lekceważyć innych. Nie szanować innych. Potępiać innych. Zamiast swoją wolę porzucać w drodze do Boga, swoją wolę chce utrzymać i narzucać innym ludziom.

Taki człowiek swojego dobrego samopoczucia nie czerpie z relacji z Bogiem, tylko z upewniania się za pomocą obrzędów, że jest dobrym człowiekiem. Bycie zaś dobrym rozumie jako walkę z tymi, co inaczej postrzegają życie i jego zasady, rozumie ją, jako potępianie innych.

Jest jeszcze trzecia postawa, trzeci typ ludzi. Rzadko spotykany, bo jakoś ostateczny. To ludzie, którzy szukają nieszczęścia. Których „cieszy” niszczenie, których pasie śmierć i destrukcja. Którzy przyjemność czerpią z przyczyniania się do rozpadu i upadku, także samych siebie. To – nihiliści. Ostatnie stadium egoizmu, w którym dla przeprowadzenia własnej woli człowiek ma tendencję, by niszczyć świat, innych i samego siebie.

Tak więc chrześcijanin, egoista i nihilista to trzy drogi. Właściwiej byłoby powiedzieć o pierwszej – człowiek. Bo być człowiekiem to przekraczać granice w drodze do celu, to być w drodze, to poszukiwać. Takimi właśnie ludźmi byli zawsze Europejczycy. Byli takimi, gdy wychodzili na liczące tysiące kilometrów pielgrzymki. Byli takimi, gdy wyruszali odkrywać nowe światy. Byli takimi, gdy na uniwersytetach szukali prawdy i mądrości. Byli takimi, gdy jak św. Franciszek popadali w szaleństwo miłości do Boga.

Teraz egoizm stał się „religią” mas. Siądź i jedz. Wchłaniaj. Jesteś tego warty. Skup się na sobie. Na swoim sukcesie. Na swoich problemach. Masz wszystko, czego ci potrzeba, pracuj, konsumuj, umieraj. Podatki, rozrywka, eutanazja. Zamknięcie… piekło.

Nie tacy są ludzie zachodu. Jeszcze kościół z papieżem, jeszcze inni chrześcijanie, jeszcze ludzie, co uważają, że wcale nie wierzą, ale szukają – starają się przekraczać to, co jest i szukać, być w drodze. W nich cała nadzieja człowieczeństwa. „A (ta) nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5)

Jedna myśl nt. „Trzy drogi: chrześcijanin, egoista, nihilista”

  1. I to pisze człowiek, który przeszedł Camino. I to jak przeszedł.
    Heroicznie. W głodzie i bólu fizycznym i psychicznym. Zdrada.😉
    Zbyszek, piszesz, jak moja żona. Ona też chce być szczęśliwa.
    (Dobra kobieta, nawiasem mówiąc).
    Szczęście nie ma. To fanaberia dla słabych duchem.
    Powołaniem Chrześcijanina, jest praca i miłość.
    Kochaj bliźniego swego jak Boga samego.
    Podzwignij swój krzyż i podążaj za mną, mówi Chrystus.
    Tu i teraz zacznij swoje Camino. Nie zwlekaj. Tu nie chodzi,
    ani o szczęście, ani nawet o twoją skórę. Człowiek, sam, jak baron
    Munchausen, nie jest w stanie siebie wyciągnąć z bagna ego.
    Może tylko pomoc drugiemu. Może mieć tylko nadzieję, że i jego
    ktoś zbawi. To jest”gra” o najwyższą stawkę. O to, by męka Chrystusa nie była kontynuowana dzień po dniu.
    Ja rozumiem jest radość. Spokojna pełnią pokornego poddania się woli Chrystusa. Jasna i wspólna. Frenetyczne szczęście, to
    egoistyczna szatańska chimera.
    Wybacz, czasem się trochę nie zgadzamy, choć myślę,
    ze nie o idee, a o pojęcia.
    Pozdrawiam szczerze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *