Camino a jedność Europy

20150811_190950

Zastanawiałem się, czy można by pójść do Santiago de Compostela w drugą stronę. Z Polski przez Azję, Amerykę, znów do Europy. I okazuje się, że – poza wariantem przez Rosję – nie można. Nie można, bo to są często duże i ODRĘBNE państwa. A nowoczesna odrębność nie jest odrębnością jeszcze z XVIII nawet XIX wieku, gdzie granice przekraczało się jak się chciało i pobyt nie był warunkowany żadnymi formalnościami.

Dzisiejsze państwo to taki trochę moloch administacyjno-kontrolny. To nie jest państwo średniowieczne, gdzie brak instytucji i wszystko opierało się na wartości słowa, na woli ludzi, na lojalności. To jest państwo nowoczesno-rzymskie, gdzie administracja jest wszystkim. Człowiek się rodzi, żyje i umiera w administracji, która ogłupiona rozmiarem zadań hodowania ludzi, już sama nie wie, co czyni.

Więc żeby przejść przez Iran albo takie Indie trzeba aplikować o wizę, ale te wizy ważne 30 dni. A to za mało. Nie wiedziałeś? Możesz prawdopodobnie aplikować ponownie. W placówce dyplomatycznej. Każdorazowo zdjęcie. Koniecznie paszportowe i nie starsze niż 6 miesięcy. Świat jest poszatkowany.

Więc ta idea, żeby Europa była jedna jest ideą piękną. Ci co siedzą u siebie, radzi by ogrodzić się. Stalową blachą, asfaltować papą, żeby nie było. My tu u siebie… A co nas obchodzi…? A jak se chcesz to spadaj… Więc ten ruch wsobny, dośrodkowy, implozyjny, ze strachu, w nadziei, że da się zamurować i odgrodzić, jest.

Nie da się. To taka sama przykra prawda jak ta, że umrzemy. Nie przyjmujemy takich prawd do wiadomości i to być może naturalna predyspozycja. Ale nieskuteczna. Więc odpychamy od siebie obraz naszej śmierci. Więc chcemy widzieć swoje życie bezkreśnie, żeby przynajmniej w naszym polu widzenia, tej naszej śmierci faktycznej, nie było. Bo jak jest, to sam jej widok jest duszący i zabijający.

Nie przyjmujemy też do wiadomości prawdy, że odgrodzić się państwa nie da. Że dla ponadnarodowych sił, oddziałujących na państwa i społeczeństwa, granice nie mają znaczenia. Nie da się odgrodzić, bo handel międzynarodowy to nie jest zabawka tylko warunek przeżycia.

Dlatego potrzebna nam jest Europa. Jedna Europa. Europa, która będzie mogła stać się partnerem, a nie słabszym, popychanym kuzynem dla takich potęg jak USA czy wchodzące w wiek swojej świetności Chiny. Małe państwo zawsze będzie satelitą, usiłującym rozgrywać datki od większych, pozyskiwane w zamian za cesje takie czy inne.

Jednej Europy nie da się jednak budować na zasadzie kołchozu. Gdzie nadany, nie wiadomo przez kogo, dyrektor ustala sposób życia ludzi, wszystkie możliwe normy pracy, wypoczynku i zachowania, i wpieprza się w obyczaje, instruując pracowników w zakresie ich życia intymnego. Tak nie może być. To karykatura, jakieś odbicie w krzywym zwierciadle tej idei, by Europa była jedna.

Europa może być jedna tylko w jeden sposób. Każdy inny będzie sztywną atrapą narzuconą na jej żywy organizm i po prostu rozpadnie się. Europa może być trwale jedna tylko wtedy, kiedy łączyć ją będą, podzielane przez jej narody, wartości.

Łączenie przez wartości różni się od łączenia wg metody sowieckiego wschodu. Wg tej drugiej, azjatyckiej, wszystko trzeba ujednolicać. Trzeba ujednolicać, bo tak buduje się jedność. Jest to doprowadzanie różnych dźwięków do tej samej wysokości, by wreszcie zabrzmiał jeden czysty, głośny ton.

Łączenie poprzez wartości sprawia, że różne od siebie dźwięki przestają tworzyć chaos i kakofonię, bo każdy odnajduje coś wspólnego z innymi. Odnajdują melodię, czyli wartość, w ramach której znajdują swoje miejsce. I tak powstaje… symfonia, muzyka.

Różnice między narodami Europy są nieusuwalne. Jakie wartości je łączą? Co jest tym, co Europejczycy odnajdują jako wartościowe, niezależnie czy to Niemcy, czy Polacy, czy to Włosi, czy Holendrzy?

„Europa zbudowana została na szlaku do Santiago de Compostela” – powiedział ponoć Goethe. I tak się ongiś stało. Nie powstała ta Europa jako jedno państwo z jedną administracją i jednymi przepisami. Powstało jako obszar różnych narodów, które odnalazły same siebie na drodze do Santiago, to jest na drodze do Jakuba Apostoła.

I dziś ponownie, Europejczycy obok siebie do tego Santiago zmierzają. Apostoł Jezusa sprawia, że wieczorem, zmęczeni całodziennym dźwiganiem dobytku na 30 dni drogi, siadają obok siebie. Żartują, rozmawiają, dzielą się swoimi marzeniami, obawami. Odkrywają, że w tej przestrzeni, tego co ważne, tego o czym się myśli i do czego się tęskni, my Europejczycy jesteśmy bardzo podobni.

Więc chyba trzeba odwagi. Odwagi by wypowiedzieć, tę prostą prawdę, że potrzebujemy powrotu do korzeni, po prostu do prawdy o nas samych. Potrzeba by tego wygnanego ze świata stworzonego przez media, narodzonego 2017 lat temu, Jezusa znów przypomnieć. By zobaczyć go jako szansę. Także jako szansę cywilizacyjną, bo to właśnie na jego przesłaniu, zbudowano całą cywilizację zachodnią, z jej szacunkiem dla indywidualnego człowieka, z jej przesłaniem niesienia pomocy słabszym, biedniejszym, poszkodowanym. Także z jej otwartością i szerokim marginesem osobistej wolności.

Marzy mi się, żeby Angela Merkel, szefowa – nomen omen – partii chrześcijańskiej demokracji, zaczęła się do chrześcijaństwa odwoływać wprost i oficjalnie. Pewnie najlepiej jakby przeszła się do Santiago, przynajmniej ze trzy dni, z plecakiem na plecach. Marzy mi się, żeby Francja dosłużyła się elit, które nie będą unikać odwołania do Boga, jak przysłowiowy diabeł, wody święconej.

Tak. Były błędy. Pewnie i jeszcze są. Błędy, ze strony hierarchii, błędy ze strony Kościoła. Było posługiwanie się religią do wzajemnych waśni i wojen. Życie to nie są linie proste. Ale bez kierunku, bez jego wskazania, będziemy się osuwać. Z jednej strony w narzucaną nam sowiecko-kołchozową urawniłowkę. Z drugiej strony w Brexity, w wołania o wyjście z UE, w fałszywe hasła o pełnej suwerenności jako alternatywie dla jednej Europy. Oczywiście, ta pełna suwerenność może być zagwarantowana przez obce wojska na własnym terenie.

Chrześcijaństwo zostało, przez niechętne mu elity rządzące Europą, niemal wygnane. Przechwyciły one instytucje, mechanizmy życia społecznego. Naprzeciwko nich stoi zachowawczy Kościół, który z jednej strony ubiega się o dotacje, wiadomo – europejskie, z drugiej toczy wewnętrzne spory i skupia się na sobie. Warto by chrześcijańskie wartości, takie jak samo odwołanie się do Boga, jak przekonanie, że to właśnie z wiary w Niego, wynikają wszelkie nasze prawa i nasza godność, warto by te wartości najpierw na nowo, głośno wypowiedzieć w polityce, a potem umieścić je na właściwym miejscu. To znaczy w świadomości wszystkich. Tych co rządzą, tych co są obywatelami, nas samych.

I wtedy Europa będzie jedna choć będzie różna. Będzie jedna dzięki temu, że jest różna. Bo różnice, wbrew kołochozowemu szaleństwu, są piękne i stanowią o urodzie życia. W takiej Europie chciałbym żyć, w takiej Europie chciałbym mieszkać. Tym dwóm ruchom – jednemu podszytemu totalitarnymi zapędami ujednolicania ludzi, drugiemu widzącemu przyszłość w odgradzaniu się i rozdrabnianiu Europy – nie wierzę.

Europa rozdrobiona jest dobra tylko dla jej wrogów i rywali. Na krótką metę także dla najsilniejszych państw europejskich. Europa jedna, ale poprzez wartości łączące różnice, jest dobra dla Europejczyków. Którzy wcale nie mniej są wtedy Włochami, Irlandczykami czy Polakami. Są nimi wtedy o wiele bardziej. Bo to coś sympatycznego, spotkać kogoś, kto się od nas różni, a z którym łączy nas, to co najpiękniejsze.

—————————————————————————–

A teraz, żeby było ładnie i różnorodnie dwie piosenki z europejskiego targowiska próżności 🙂 Pierwsza śpiewana jest przez Chorwatkę po angielsku:

I jeszcze jedna, śpiewana przez Austriaczkę po francusku 🙂

—————————————————————————–

Mój blog pielgrzymkowy: [—Link—]

Moja książka (jeszcze wciąż, możliwa za darmo): [—Link—]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *