Katolicyzm i Camino

Katolicyzm i Camino

Pozornie nie ma sobie dwóch bliższych sobie rzeczy niż katolicyzm i camino. Wszak pielgrzymi idą do grobu św. Jakuba Apostoła. Wszak taka droga wymaga nieporównanie większego wysiłku i poświęcenia niż „zwykłe” formy religijności. Wszak ten grób znajduje się w katolickiej katedrze w Santiago de Compostela i polski, katolicki papież – Jan Paweł Wielki – wezwał do wznowienia ruchu pielgrzymkowego i zainicjował ten współczesny fenomen zachodniego świata, jakim są setki tysięcy ludzi, indywidualnie pokonujących setki kilometrów w drodze do św. Jakuba.

A jednak te dwie rzeczywistości, te dwa „światy”, katolicyzm i camino, wcale tak bardzo nie są ze sobą razem, wcale tak bardzo się ze sobą nie identyfikują. Co o tym świadczy, skąd się to bierze, dlaczego tak się dzieje?

Najpierw warstwa faktów. Europa jest po reformacji i po ateizującej Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Jest też po doświadczeniu dwóch przerażających wojen, które przeorały wrażliwość i pojęcie o świecie Europejczyków. Stąd istnieją w Europie szerokie jej połacie, gdzie katolicyzmu po prostu nie ma. Gdzie jedyny budynek kościoła jest zamknięty albo gdzie jest to kościół protestancki. Są tereny i grupy ludności, dla których katolicyzm to wyłącznie papież, którego można czasem zobaczyć w telewizji, poczytać o nim w internecie albo wyjątkowo spotkać, zwłaszcza dawniej, gdy papież – największy pielgrzym wśród współczesnych papieży – przemierzał świat w poszukiwaniu ludzi.

Więc katolicyzm nie jest już najzwyczajniej religią Europy, tak jak to miało miejsce w czasach, gdy pielgrzymowanie do Santiago się zaczynało, w czasach wczesnego średniowiecza. Dziś po ścieżkach camino chodzą i katolicy i ateiści, i protestanci, i buddyści, i ci co nie wiedzą jeszcze kim chcą być, czy gdzie należy ich zakwalifikować. Dziś camino biegnie terenami, gdzie można przez wiele dni nie spotkać katolickiego kościoła czy księdza, bo kościoły zamknięte, bo tereny reformacją przeniesione w protestantyzm.

Czysta zatem, fizyczna, rzeczywstość sprawia, że katolicyzmu dziś z camino utożsamiać tak naprawdę się nie da. Są wzajemne związki. Są one, pewnie najsilniej, w pielgrzymach katolikach, szczególnie tych z Polski.

Następna różnica, innymi słowy niespójność, leży w przestrzeni przeżywania wiary, życia, w sposobie myślenia i zachowania.

W swoim mainstreamie, katolicyzm zachęca do wiary, która polega na jak najwierniejszym i jak najintensywniejszym powtarzaniu gestów, praktyk, myśli, które podaje do powtarzania i myślenia. Nawet emocje są zadekretowane. Katolik na komendę się smuci, cieszy. Na komendę myśli, przeżywa. Najwyższą jego cnotą jest powielanie dostarczonych mu prawd wiary i postępowanie wg zasad, jakie głosi święta tradycja Kościoła. Odradzanym, podejrzanym i groźnym odstępstwem jest własne myślenie o tych sprawach, wtedy gdy różni się od jedynie słusznego.

Camino jest tu odwrotnością tego podejścia. Szczególnie camino w wersji samodzielnej i indywidualnej. Camino jest osobistą podróżą. Gdzie? W sumie do Boga, bo nie da się nigdzie indziej pielgrzymować. Bo nawet ci, co deklarują w niego niewiarę, pielgrzymują by poznać bardziej siebie, by poznać bardziej ludzi, by odnaleźć prawdę. A przecież w tych trzech obszarach to Bóg jest tym, kogo się poznaje, bo on sam stoi u podstaw istnienia, człowieka i prawdy.

Istotą camino jest osobiste doświadczenie, tak jak istotą katolicyzmu jest grupowe powtarzanie zachowań i myślenia. Na camino człowiek staje wobec Boga sam, w katolicyzmie w grupie staje wobec księdza, który „ma klucze do królestwa niebieskiego”.

Katolikom w katolicyzmie brak jest uczucia i doświadczenia. Tego osobistego poznawania i bezpośredniej,  autentycznej drogi do Boga. Pielgrzymom na Camino, brak jest grupowego spotkania w drodze do Boga, współdzielenia modlitwy, bycia częścią jednego organizmu społecznego.

Rozbieżności współczesnego camino i katolicyzmu, te wynikające z uwarunkowań praktycznych i te wynikające z podejścia do religijności, uzewnętrzniają się w postawach ludzi.

I tak większość pielgrzymów (w mojej ocenie 80-90%) nie próbuje nawet po drodze uczestniczyć w obrzędach religijnych, nawet gdy jest po temu możliwość. Najzwyczajniej w świecie nie widzą sensu ani potrzeby. Wyszli na camino by poznawać, wypoczywać w pocie czoła, odkrywać, nawet wyszli by szukać Boga, ale do kościoła, najzwyczajniej w świecie, się nie wybierają.

Kościół ze swojej strony, sprawując pieczę nad grobem Apostoła, wykazuje generalnie brak zainteresowania pielgrzymami. Generalnie, bo są wyjątki. Jest Santiago de Compostela, jest Vezelay, Le Pui. Są księża, którzy pielgrzymom serce i ostatnią szatę oddadzą i to jest kwiat kościoła, jego najcenniejsza część.

Jednak na blisko 30 miejscowości w jakich można zanocować na Camino del Norte, religijne i katolickie elementy spotkałem tylko dwa razy. Chodzi o krzyż, pismo święte czy o zachętę do odwiedzenia kościoła i wzięcia udziału w nabożeństwie. Było to raz w Monte do Gozo, polskim schronisku pod nadzorem polskiego księdza. Dwa, w schronisku prowadzonym przez świeckie stowarzyszenie z Anglii w Miraz. Dużo częściej w schroniskach można spotkać pięknie wydany „Zohar”, a więc podstawowy tekst żydowskiej mistyki i średniowiecznej kabały. Czy coś nam świta? Coś na temat tego jak Kościół zajmuje się pielgrzymami?

Na terenach protestanckich w Niemczech, lokalne kościoły dbają o pielgrzymujących do Apostoła. Utrzymują na własny koszt schroniska, troszcząc się o pielgrzymów i zapewniając im możliwość przenocowania, gdy pogoda zła i po całym dniu człowiek słania się na nogach. Na terenach katolickich niczego takiego już nie ma. Tam katolicyzm jest zajęty sobą, wierzeniem w prawdy, powtarzaniem obrzędów, a nie jakimś tam pielgrzymami.

W Polsce poziom przyjęć na parafii oceniam na jakieś 50%. Z jednej strony to zrozumiałe, bo parafia nie trudni się udzielaniem noclegów, choćby na podłodze w jakimś schowku czy salce. Z drugiej strony przecież „byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie”. Więc…?

Praktyka samodzielnego pielgrzymowania pozostaje dla kościoła katolickiego wyzwaniem. Zagadką, szansą i zagrożeniem. Wyzwaniem i zagadką, bo jest zjawiskiem, którego kościół nie kontroluje, nad nim nie panuje i nie bardzo rozumie. Zagrożeniem, bo narusza podstawowe mechanizmy kościoła, a więc grupowe wierne kopiowanie postaw i sposobów myślenia. Wreszcie szansą, bo to co jest największym deficytem obecnego kościoła, to spotkanie spontanicznej, autentycznej i pochodzącej z przeżycia, relacji z Bogiem.

Więc camino i katolicyzm się spotykają, mają ze sobą wiele wspólnego, ale wciąż nie łączą się ze sobą tak, jak w 1040 roku, gdy być Katolikiem to znaczyło pielgrzymować. Oprócz Rzymu i Jerozolimy, w szczególności do Santiago, gdzie pochowany jest pielgrzym, przybyły ongiś z Jerozolimy. Nie pielgrzymował tam, by odwiedzać kościół. Pielgrzymował, by go zakładać. Te wysiłki jego wtedy, jak nasze często teraz, generalnie przyniosły skromny rezultat. Jednak po wiekach, od iskry zapalonej przez papieża z Polski, dały ponownie dziwny i niespotykany owoc. Setki tysięcy obywateli zlaicyzowanego świata, zmierzające do grobu Jakuba. W poszukiwaniu siebie. W poszukiwaniu ludzi. W poszukiwaniu Boga, którego przyjście, śmierć i zmartwychwstanie, ogłaszał.

———————————————————————–

Link do totalnie niezwykłej jak na warunki polskie, bo szczerej, relacji z 4 miesięcznej pieszej pielgrzymki z Polski do Santiago: http://camino.zbyszeks.pl/droga-pobieranie/

10 myśli nt. „Katolicyzm i Camino”

    1. Ja natomiast takie wypowiedzi jak pańska czytam często.

      Dodam jeszcze cytat z wypowiedzi kapelana wspólnoty siostry Małgorzaty Chmielewskiej, księdza Jacka Krzemienia. Pasuje tu jak ulał:

      „Cytuję ks. Józefa Tischnera: „dzisiejszemu chrześcijaństwu nie zagraża ani laicyzm, ani ateizm, ale parodia religii„. Na czym polega parodia religii? Na hejtowaniu, języku nienawiści, próbie odebrania drugiemu wolności, pragnieniu, by każdy myślał tak jak my.”

  1. Dobry artykuł panie Zbyszku …mam podobne, chociaż nie dosłownie przemyślenia. Idąc camino, czułam tego Ducha, który był obok,wszędzie, dodawał sił..Spotkałam jak to na Drodze mnóstwo ludzi, pytałam, rozmawiałam…naprawdę niewielu szło w celach religijnych, z reguły była to droga , na której chcieli spotkać się ze sobą, dotknąć czegoś, doświadczyć, zwłaszcza w samotnej wędrówce. Ja również wędrowałam sama. Boga widziałam w pięknym widoku, w dobrych ludziach na trasie, w zmęczeniu i radości…a gdy doszłam do Santiago, w katedrze niestety widziałam tylko masę ludzi, tłumy pielgrzymów autokarowych, którzy pchali się żeby zrobić fotkę przy grobie. Niestety … dojście do Finsterry było dla mnie o wiele większym przeżyciem, ale to oczywiście sprawa bardzo indywidualna. Jedynym elementem katolickim na szlaku były dla mnie polskie grupy z księżmi. Co mnie uderzyło – to komentarze w stylu – dlaczego w Hiszpanii kościoły są puste, tylko starsze osoby tam siedzą… Drażniło mnie także takie zapraszanie na msze, z racji,że skoro jestem z Polski, no to chyba oczywiste..nie, dla mnie to było dość uciążliwe, modliłam się sama po drodze, po swojemu. Ogólnie bardzo dużo oceniania i krytykowania, szłam jakiś czas w towarzystwie kilku takich osób. Najciekawsza historia to komentarze jednej z dziewcząt, które szły z księżmi, pod adresem Norweżki. Dziewczyna z racji, że było masakrycznie gorąco szła w bardzo krótkich spodenkach, co bardzo przeszkadzało polskiej /młodej/ komentatorce. Wyraziła się o niej mniej więcej w ten sposób „a ta niech się nie zdziwi, jak ją coś spotka złego po drodze, bo sama prowokuje”. … Norweżka była też trenerką jogi, bardzo ciekawa osoba, z którą do tej pory utrzymuję kontakt. Paradoks polega na tym , że to bardzo uduchowiona osoba, która jest obecnie diakonem /diakonką/ w protestanckim kościele…a w czasie naszych rozmów po drodze w ogóle nie kierowała tematu na sprawy religii. Dużo rozmów o duchowości i wolności, tematów zresztą jest mnóstwo. I to było cudowne, dlatego jak później usłyszałam jakąś grupę z księdzem, to trzymałam się z daleka, bo Camino ma w sobie jakiegoś wolnego ducha….i nie lubię gdy ktoś mi tę wolność ogranicza. Pozdrawiam Panie Zbyszku, życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku

    1. No ja, zawsze wtedy gdy to było możliwe, uczestniczyłem we mszy świętej. Stąd zapraszanie na mszę, mnie nie irytowało tylko przeciwnie, było pomocą 🙂 Msza i komunia były dla mnie bardzo ważne. I faktycznie, to właśnie Polacy chodzą na mszę. Nie wiem czy to dobrze, czy to źle. Czy to chwalebnie czy to powód do wstydu. Ja to robiłem po prostu z przekonania. Z potrzeby. I koniec. Reszta bez znaczenia.

      Dla mnie taka nauka by cenić to, do czego się jest przekonanym osobiście, ale by szanować i cieszyć się innymi ludźmi, bo to że są inni, że myślą trochę inaczej nie czyni ich gorszymi.

    2. Dla mnie fantastyczny na Camino jest właśnie szacunek dla ludzi takich, jacy są, dla motywów, które ich zaprowadziły na tę Drogę, dla osobistego przeżywania duchowości. Nie będąc chrześcijaninem, czułem się bardzo dobrze w hiszpańskich schroniskach przykościelnych. Uczestniczyłem (z chęcią) w wieczornych nieformalnych nabożeństwach w kręgu (czy jak to nazwać) na chórach/w kaplicach.
      Pojechałem też na Dni Młodzieży do Krakowa. Polskie grupy (na szczęście nie wszystkie) wyróżniały się na tle innych tym, że młodzi ludzie byli… spięci i jacyś tacy stłamszeni. Trudno mi było oprzeć się wrażeniu, że to religijność z obowiązku bardziej niż radość z Ewangelii i życia w ogóle. Może księża „trzymają ich krótko”. Może to sposób na to, żeby kościoły nie świeciły pustkami? Ale czuję, że coś tu nie tak, przy całym szacunku dla Jezusa i ludzi, którzy starają się iść za nim. Wielu moich znajomych ma wręcz alergię na wszystko co z Kościołem związane, będącą skutkiem właśnie tego, w jaki sposób w dzieciństwie byli „przekonywani” do religii.

  2. Zbyszku,

    dość chaotyczny tekst, który porusza bardzo wiele różnych wątków.

    Ode mnie dwie uwagi. Jeśli chodzi o polskich pielgrzymów, to „otwarte kościoły” były drugą (po oznakowaniu szlaku) najwyżej ocenioną odpowiedzią. Czyli DRUGĄ najistotniejszą potrzebą. To jednak budujące.

    Oto co napisałem w raporcie:
    „Gdy spojrzymy na Piramidę Potrzeb Abrahama Maslowa zobaczymy, że najistotniejsze są potrzeby fizjologiczne oraz bezpieczeństwa. Analiza wyników badania pozwala nam dostrzec tutaj wyraźną analogię. Oznaczony szlak jest niczym innym, jak zapewniającym pątnikowi bezpieczeństwo zestawem wskazówek i drogowskazów. Bliskość Boga, jest niczym tlen. Noclegi dają wolność od strachu, która wymieniana jest przez Maslowa jako kluczowa. Pielgrzym nie potrzebuje wiele, aby być szczęśliwym podczas swojej Drogi. Wystarczy spełnienie podstawowych potrzeb”
    cały raport tutaj, może okazać się pomocy przy pisaniu tego typu tekstów, zawsze możesz się podeprzeć statystyką:
    http://caminodelavida.pl/badanie-opinii-polskich-pielgrzymow-camino-de-santiago/

    Druga kwestia to zainteresowanie kościoła katolickiego na indywidualnym pielgrzymowanie. Z mojego doświadczenia wynika, że czasem sami księża katoliccy nie zdawali sobie sprawy z idei pielgrzymowania. Prosiłem o bezpieczny kawałek podłogi, a mimo to pozostawali na te prośby głusi. Jednak bardzo wielu, gdy tłumaczyłem im, że potrzebuję bardzo niewiele, to jednak zgadzało się mnie przyjąć na podłogę w sali do katechezy.

    Dlatego najbardziej spodobało mi się Twoje zdanie: „Wreszcie szansą, bo to co jest największym deficytem obecnego kościoła, to spotkanie spontanicznej, autentycznej i pochodzącej z przeżycia, relacji z Bogiem.”

    Jeśli coś mnie przekonywało do kościoła katolickiego, to właśnie te spontaniczne i autentyczne przeżycia, pochodzące z relacji z księdzem, jako głoszącym słowo Boże, ale też zachowującym się zgodnie z naukami Jezusa.

    Camino de Santiago powinno być bardziej szansą, jest wyzwaniem, a coraz mniej powinno być zagrożeniem.

    Pozdrawiam 🙂

    1. Dziękuję za komentarz, do mojego „dość chaotycznego” tekstu.

      Dzięki też za link do statystyk odnośnie pielgrzymów. To ważne i cenne narzędzie.

      Kwestia relacji, i sposób odniesienia się do niej przez Ciebie, zasługuje na dłuższą rozmowę, może przy winie :), na którą tu nie miejsce i czas 🙂

      Serdecznie pozdrawiam.

  3. @All

    Jeszcze jeden komentarz, tym razem „odautorski”. Po pewnym czasie, myślę, że niektóre sformułowania pod adresem katolicyzmu, są w moim tekście przerysowane. Ale może to dobrze, że w takiej, nieco przerysowanej, postaci się pojawiły.

    Pięknie to („może to dobrze”) ilustruje najbardziej agresywny komentarz pod tekstem. Więc już niech zostaną. Nic nie będę zmieniał. Poza tym, uzupełniającym i wyjaśniającym komentarzem.

    1. Za gratulacje dziękuję. Tekst nie jest wyważony i dokładnie „sprawiedliwy”. Jednak sądzę, że miał prawo być opublikowany bo stara się coś powiedzieć.

      My często, i mówię też o sobie, nie staramy się usłyszeć tego – co ktoś chce powiedzieć, tylko to – co chcemy usłyszeć. I tu kółko się zamyka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *