Camino czyli moja Polska w Europie – cz.2 Francja, Hiszpania

Schengen
Schengen

Gdy wchodziłem do Francji było 39 stopni w cieniu. Na dodatek miałem tego dnia przypadłość powodującą ostre odwodnienie. Szedłem przez Schengen. Symbol otwartych granic w Europie. Małe miasteczko, niczym się nie wyróżniające. Poza tą nazwą, która zniosła szlabany.

Doszedłem tego dnia do Koenigsmacker. Pierwszy zamierzony nocleg we Francji. Na parafii w Koenigsmacker proboszczem był polski ksiądz. Niestety. Na moje uporczywe moje dzwonienie odpowiadała niema cisza, sącząca się z budynku parafii. Więc sobie poszedłem. Szedłem wzdłuż szosy, nocą, coraz bardziej wyczerpany. W końcu położyłem się na jakimś ściernisku kilka metrów obok drogi. Strasznie chciało mi się pić.

Drugiego dnia, idąc, desperacko szukałem sklepu czy miejsca gdzie mógłbym nabrać wody. Na próżno. Dostrzegłwszy na jednej z posesji staruszkę o siwych włosach, zacząłem swoje nieudolne:
– Pardon. Pardon!
Kobieta podeszła do furtki i dłuższą chwilę patrzyła bez zrozumienia, na moje wysiłki, by po francusku powiedzieć, że chce mi się pić. Odeszła. Gdy wracała miała w ręce butelkę wody mineralnej. Na koniec powiedziałem już w swoim języku:
– Dziękuję.
– O! Dziękuję!? – podniosła oczy staruszka. – Ja rozumiem!

Coś mi się wtedy stało. Jakieś uczucie, jakaś emocja, której nie sposób słowami opisać przeszyła mnie na chwilę. To było pierwsze spotkanie z Polską we Francji.

Tego dnia, drugiego we Francji, nocowałem u księdza Wiesława w Metz. Było pięknie, nawet żurek. To tam po raz pierwszy wpadłem na to czym się różni Francja, Polska i Niemcy.

Potem „polskie” ulice i place w niewielkich francuskich miejscowościach, jak na przykład Place de la Pologne w Roquefort.

Roquefort
Roquefort

Ale najbardziej chyba uderzyło mnie spotkanie z Maurice i Odette. Mieli wiele więcej lat niż ja. Mówili po francusku i niemiecku. I nagle Maurice zaczął po polsku. Zaledwie kilka słów. Ale… skąd on je znał???

We Francji jest Polski chyba więcej niż w Niemczech. Jest ta Polska trochę we francuskim zachowaniu, w pewnej lekkości i spontaniczności. Jest w nazwach ulic. Jest w polskich duchownych. Jest, choć tam nie byłem, w grobach wielkich Polaków. Jest we Francuzach. Jest ta Polska we Francji, też z tego powodu, że ja tam jestem. I zawsze będę. Bo Francuzi ujęli moje serce. I są moimi przyjaciółmi. Nie. Nie w głupi emocjonalny, pozbawiony rozsądku sposób. Ale w sposób ludzki. Głębszy niż racjonalne rozumowanie, a jednocześnie prostszy.

Pewnie też długie lata polskiej emigracji, jakoś na to wszystko wpłynęły, tak że Polsce do Francji nie jest daleko. Że Polska we Francji jest. I samotny Polak wędrujący przez ten największy w Europie kraj (na zachód od Bugu) znajduje tu echa swojego domu i nie czuje się tu wcale obco.

Ulica Fryderyka Chopina
Ulica Fryderyka Chopina

W Hiszpanii to jednak Monte do Gozo i „polska” albergue dla pielgrzymów. To jest instytucja. To jest znak. To jest symbol polskości. Tu są polscy gospodarze, tu jest polski ksiądz, tu można pójść na polską mszę (czasem i w Santiago).

Monte do Gozo
Monte do Gozo

Ale w Hiszpanii, Polska to właściwie Polacy, a najczęściej polscy pielgrzymi. Choć napotkałem np.  polskie małżeństwo na poczcie w Portugalette. Pomogli mi wysłać paczkę do domu. Serdeczność i pomoc, ot… Polska.

Polskich pielgrzymów na ścieżkach Camino, spotyka się całkiem nieoczekiwanie. W kolorowej mozaice narodów i kontynentów, zawsze się wyróżniają. Czym? Religijnością. Dojrzałością. Otwartością.

Widziałem ich idących pieszo, spotykałem jadących na rowerach. Nie zapomnę pięknego spotkania z dzielnymi rowerzystami Włocławka.

Zdjęcie ze strony http://kujawynarowerze.pl/?p=283
Zdjęcie ze strony http://kujawynarowerze.pl/?p=283

Jechali aż z Polski. Ja szedłem w towarzystwie krajanki – Agaty. I nieoczekiwanie… trzech rowerzystów z Polski! I ta polskość wtedy wybucha. Pojawia się. Jaśnieje. W uśmiechach. W serdeczności. W brzmieniu języka. Jesteśmy poza domem, poza krajem, poza kręgiem bezpieczeństwa. Odnajdujemy się na obczyźnie. Ale gdy odnajdujemy się nawzajem, to ta Polska, która nas wychowała, która nas ukształtowała, pojawia się z całą siłą. I jakoś tak dumni jesteśmy. Żeśmy Polakami.

Specjalna uwaga należy się polskiej młodzieży. Wiem, ja się do niej nie zaliczam, podobnie jak część z napotkanych polskich pielgrzymów. Nie wiem czy to sprawiedliwie czy nie, czy to wypada czy nie wypada, ale muszę oddać szacunek młodym Polakom.

Nie spotkałem podobnych młodych ludzi. Równie pięknych, duchem i ciałem.  Równie dojrzałych. Równie odpowiedzialnych. Równie mądrych. Równie spontanicznych. Równie prawdziwych.

To jest prawdziwy kwiat narodu polskiego i jego wielka nadzieja na przyszłość. Nie mają naszych (ludzi dojrzałych) wad. Mają za to wszystkie zalety. Aż serce we mnie rośnie, na wspomnienie Staszka, Agaty czy Justyny. Czy wielu innych jakich spotkałem na drodze do Santiago. Wyróżniają się na tle młodzieży innych narodowości. Nie będzie im łatwo. Bo u nas nie jest łatwo. Jednych to łamie. Innych hartuje. Taki nasz już los, Polaków. Że się zmagamy.

I na koniec wypada oddać co należne największemu apostołowi polskości w świecie, a więc i we Francji i w Hiszpanii. Jan Paweł Wielki, bo o nim mowa, to znak. Znak narodu polskiego wobec wszystkich innych. I wierzcie mi, znak który został właściwie odebrany.

Grafika ze strony: http://www.swjakub.pl
Grafika ze strony: http://www.swjakub.pl

Taką estymą jaką cieszy się nasz papież, nie cieszy się chyba żadna postać w krajach przez jakie szedłem. Na wspomnienie i przypomnienie papieża Polaka, szacunek okazują Francuzi i Hiszpanie i nawet Niemcy. Jego pomniki, rozsiane po tych krajach, dekorują pamięć społeczeństw i narodów. Jego popiersie w katedrze w Santiago de Compostela przypomina, że to on zainicjował ten cudowny fenomen, ponownego pielgrzymowania do grobu świętego Jakuba. To papież Polak, przywrócił ludziom szalki pielgrzymkowe przez Europę. To jego, bożym natchnieniem kierowane, gesty i czyny, sprawiły, że ludzie z całego świata idą.

Idą, żeby poznać siebie samych. Żeby poznać siebie nawzajem. Żeby odkrywać Europę. Swoją własną tożsamość. I w końcu, choć nie zawsze są tego świadomi, żeby odkrywać Boga. Bo każda prawdziwa pielgrzymka do Niego samego prowadzi. Do tego szczęścia i spełnienia. Do tej mety i do tej Nieskończoności, która wzywa, która u ludzi budzi „zew”, przynaglający ich do wyjścia z domu, do szukania, tego co jest bardzo blisko. Ale żeby to odnaleźć, warto wyjść. Warto ruszyć. I okazuje się, szczególnie w przypadku Polaków, że niczego się nie gubi, a Polskę spotyka się ciągle w Europie. Bo to jeden dom. Szarpany czasem waśniami, ale dom, który swoim pielgrzymowaniem, pielgrzymi scalają na nowo.

 


Wszystkiego więcej i dokładniej w mojej „cudownej” książce (ech… wiem, że przesadzam, a może nie?), wiem wszystko, mimo to polecam, proponuję, zachęcam, namawiam, reklamuję. Bo to „coś innego”. Bo żadna instytucja, ani grupa tego nie poleci, bo to na przekór, bo to prawdziwe:

http://camino.zbyszeks.pl/droga/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *