Camino i narodowości czyli spotkania z ludźmi

Mont de Marsant - France
Mont de Marsant – France

Nie wiem zupełnie, z kim teraz, dzisiaj chciałbym się najbardziej spotkać z tych, których spotkałem na Camino.

Chyba najbardziej chciałbym się spotkać z Takahashim. Dziwna była ta nasza znajomość i trochę niezwykły, w swojej zwykłości, był ten Japończyk. Niewylewny, mówiący powoli. Zawsze spokojny. Jadł tyle, co kot napłakał.

A jednak rozmowy między nami, były chyba, pomimo niewielu słów, najbardziej szczere i na swój sposób głębokie. Odarte z całego tego uroczego tła, z błyskotliwości sformułowań, z emocjonalnego falowania, jakoś tak – byliśmy prawdziwi. Chciałbym go zobaczyć, jeszcze raz. Trochę pójść razem. Wieczorem usiąść, przy winie albo przy herbacie i… opowiadać, jak jest.

W ogóle to wypada potwierdzić, że nacje, narody mają swoje charaktery. I to, gdy się spotyka tych ludzi, widać. Niemcy na przykład są konkretni. Po prostu. Jest takie pojęcie, szczególnie w sferze zawodowej, merytoryczność. Tacy są właśnie Niemcy. Nie ma „to tamto”. Są konkrety. Konkrety, które rozwiązują problemy. Konkrety, które ułatwiają życie. Konkrety, które stawiają na nogi rzeczy, które emocje, lekkomyślność czy niedbalstwo, stawia czasem na głowie.

Francuzi smakują życie. Po prostu. Są zapatrzeni w piękno i urodę. „Francja elegancja” to nie jest pusty slogan. Gdy spocony i wymięty siądziesz na betonie pod marketem i będziesz wcinał z pozłotka najtańszy ser, bo na taki było cię stać, to od wchodzącego do środka Francuza usłyszysz…. co? – „Bon appetit”!

Włosi są optymistyczni i weseli. Świetnie się z nimi rozmawia. Nie zwracają uwagi na wiele. To dobrzy kompani i towarzysze. Szczególną grupą są Azjaci. Faktycznie wyróżniają się na tle innych narodowości czy grup społecznych.  Gdy pomożesz komuś z Europy albo Ameryki to podziękuje ci z uśmiechem. Gdy zrobisz to samo w stosunku do kogoś z Azji, to zrobi on(a) wszystko, żeby ci się zrewanżować. Są uprzejmi, skupieni na tym, co robią. Chyba trochę patrzą na nas, Europejczyków z podziwem.  Spotykałem Japończyków, Koreańczyków i jednego Chińczyka. Ze wszystkimi dawało się wejść w dobry, szczery kontakt. I nawet w tej szczerości byli, choć nie wylewni, to właśnie uprzejmi. Jakby znaczenie miało dla nich to, jakie wrażenie robią na kimś drugim, jaki ślad w innych zostawia to, co robią i mówią.

Amerykanie to wieczne dzieci. W tym pozytywnym sensie tego słowa. Jakim sensie? W takim, że wszystko chcą poznawać. Że wszystko traktują jako równe sobie, także innych ludzi. W tym, że nie mają żadnych uprzedzeń. Są bardzo otwarci i tu, w Europie, też chyba są pod jej urokiem i wrażeniem. Z Amerykanami warto coś robić, razem iść. Są przedsiębiorczy, tacy… „do przodu” i często się uśmiechają.

W Hiszpanach jest jakiś ból. Zupełnie nie wiem jak to wyjaśnić, bo przecież ze wszystkich narodowości Hiszpanie najlepiej się bawią i są mistrzami świętowania i radości. A jednak, gdzieś poza kurtyną uśmiechu, szaleństw ich fiesty, gdzieś może nawet z tyłu ich świadomości, jest jakaś igła. Jakiś smutek. Jakaś rana. Są w tym podobni do Polaków. U nas też takie zranienie da się czasem zauważyć. Może to ta ich wojna domowa, ciągle gdzieś w nich jest? Hiszpanie przeciw Hiszpanom i krew, i dziesiątki albo setki tysięcy nawzajem się zabijające? Może to echo klęski pod Gravelines, która kończyła sen o potędze Hiszpanii, a rozpoczynała dominację Wielkiej Brytanii.

Więc w tej radości Hiszpanów, w tym ich uroczym zapamiętaniu, gdy oddają się zabawie, jest jakieś echo smutku. Czegoś co boli. I w Polakach też to jest. To poczucie zranienia. Te sto pięćdziesiąt lat, nie dość, że braku państwa to klęsk zrywów powstańczych.

Z kim dzisiaj chciałbym się spotkać, po tych wszystkich miesiącach jakie minęły od Camino? O Takahashim już pisałem. Więc z kim jeszcze?

Pewnie z Willeke, niesamowitą strażaczką z Holandii, z którą szedłem kilka dni przez południową Francję. Bardzo dobrze się nam rozmawiało i było ze sobą. Na trasie i wieczorem, przy stoliku, gdy makaron z oliwkami.

Chciałbym się spotkać z szeregiem Francuzów. Wpaść znów do domu Maurice i Odette, wypić tam szklankę zimnej wody, podziwiać, że Maurice zna trochę słów po polsku. Pewnie uściskałbym ponownie Noel i porozmawiał z Claudie. I chciałbym odwiedzić jeszcze długi, szereg Francuzów i Francuzek, bo to dobrzy ludzie. Bezpośredni i jakoś tak, piękni.

Chciałbym na pewno wypaść tuż za granicę. Ledwie 30 kilometrów i usiąść znów z Günterem i jego przyjaciółmi. Śmialibyśmy się i gadali jakby nigdy nic. Jakby wczoraj było dzisiaj. Jakby Polaków i Niemców nigdy nic nie dzieliło. I tylu innych Niemców wspominam pozytywnie. Nie, nie są jak Francuzi – bezpośredni i romantyczni. Nie są jak Hiszpanie skorzy do zabawy i otwarci jak Amerykanie. Ale ich, Niemców, konkretność jest nakierowana na ludzi. I dobrze ich mieć jako sąsiadów, choć dawniej wcale tak nie myślałem.

I na koniec chciałbym spotkać moich polskich przyjaciół. Wbrew pozorom, to właśnie na wspomnienie ich postaci jakoś tak najbardziej… czuję. Nie wiem właściwie dlaczego. Na zupełne wyróżnienie zasługuje tu polska młodzież. To wciąż nierozpoznany nasz atut, skarb, potencjał. Młodzi Polacy, takie jest moje zdanie, przerastają młodzież wszystkich innych nacji. Swoją dojrzałością i mądrością, swoim patriotyzmem, swoją umiejętnością czynienia wszystkiego wokół – jaśniejszym.

Więc teraz dopiero widzę. Że ci wszyscy ludzie spotkanie przeze mnie, ciągle jakoś ze mną, we mnie, są. Że zostawili swój trwały ślad. I pewnie ja w nich także. To jest taka nauka, z tego pielgrzymowania do świętego Jakuba, że wszyscy sobie jesteśmy pisani. Że możemy się nawzajem wzbogacać, wspierać, radować, być dla siebie. To doświadczenie z niczym nie porównywalne, bo świat nam oferuje rywalizację, atomizację, apoteozę egoizmów. Tymczasem jesteśmy dla siebie i różnice między ludźmi to sama pycha. To coś, co nam przynosi uśmiech, co czyni życie bogatszym, kolorowym. Co pozwala z uśmiechem powiedzieć – warto jest żyć.


(c) Copyright Zbigniew Ściubak 2016

2 komentarze do “Camino i narodowości czyli spotkania z ludźmi”

  1. „To jest taka nauka, z tego pielgrzymowania do świętego Jakuba, że wszyscy sobie jesteśmy pisani. Że możemy się nawzajem wzbogacać, wspierać, radować, być dla siebie.”
    Piękne słowa i zdecydowanie się pod nimi podpisuję. Ludzie spotkani na Camino byli mi przeznaczeni. Jestem tego pewna. Co prawda nie opisywałam jeszcze dokładniejszych przeżyć związanych z ludźmi właśnie, ale takie dość ogólne spostrzeżenia dotyczące pielgrzymów. Zostawiam link, gdybyś miał ochotę przeczytać: http://kingway007.blogspot.de/2016/09/moje-camino-pielgrzymi.html
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    1. Hej Kinga, dziękuję za komentarz. Myślę, że obieramy Camino i ludzi na nim, podobnie. Bo to coś takiego jest, jak się na tę drogę wejdzie. Że to się po prostu czuje. To zupełnie niezwykły świat. Szkoda, że zdjęcia na twoim blogu, mają rozmazane twarze, dla zachowania prywatności. Jestem pewien, że żaden z tych pielgrzymów, nie miałby Ci za złe, no i jak ktoś pozwala sobie zrobić zdjęcie to w zasadzie już jest publiczne. Z uśmiechem zauważyłem na jednym z nich jajka sadzone. Matko jakie to jest dobre na śniadanie. A nie te hiszpańsko/francuskie słodycze z rana.

      Twój tekst jest napisany żywo, spontanicznie, dobrze oddaje atmosferę „Drogi”.
      Pozdrawiam serdecznie.

      ps1. (nie widziałem jak zamieścić komentarz na twoim blogu, to dziwne, bo w komputerach jestem raczej ok)
      ps2. chwilowo bawię się w post. Śmieszne to trochę i ciekawe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *