Fundamentalizm i pielgrzymowanie

Wysłuchałem rozmowy Ruperta Sheldrake’a z anglikańskim biskupem Kalifornii. Jeden jest dość „dziwnym” naukowcem. Drugi dość niezwykłym, jak na warunki polskie, duchownym.

Obaj panowie w trakcie rozmowy, która miała ciekawe elementy, prezentowali niezwykłą zgodność. Właściwie cała ich postawa była szukaniem zgody i zgodności. O ile w przypadku naukowca, ten kierunek był modyfikowany przez intelektualny warsztat, który nie pozwala wprost afirmować nonsensów i nakazuje choćby w najdelikatniejszy sposób starać się zwrócić uwagę na rzetelność rozumowania; to w przypadku biskupa, takie ograniczenie chyba nie występowało. Duchowny anglikański w zasadzie nieba przychylić chciałby wszystkim, wszystkiemu i za wszelką cenę się zgodzić.

Są to postawy diametralnie różne od tych, które gdzieś we mnie są i pokutują, które chyba właściwe są dużej części Polaków. Bo my jesteśmy fundamentalistami. Fundamentalista to człowiek, który jakiś zestaw słów, pojęć, zdań, opisów i ocen rzeczywistości czyni niepodważalnym i niedyskutowalnym. Wszystko zaś, co się nie zgadza z ową formułą, owym przedmiotem wiary fundamentalisty, jest złe i trzeba to atakować i zwalczać.

Są fundamentaliści polityczni. Jedni wierzą w jeden obóz polityczny ślepo zupełnie, drudzy tak samo w drugi. Dla jednych i drugich myślący inaczej są krzewicielami zła i najgorszym zagrożeniem. Fundamentalistką jest „katolicka” pani profesor, działająca w polityce, ale taką samą fundamentalistką jest feministyczno-ateistyczna pani profesor też udzielająca się w ruchach politycznych.

My Polacy jesteśmy fundamentalistami. Wybieramy jakiś pogląd i zaciekle zwalczamy wszelkie inne. Typowymi fundamentalistami są muzułmanie. Fundamentalistami są ortodoksyjni żydzi. Powstaje pytanie czy anglikański biskup Kalifornii jest fundamentalistą?

Gdy tak słuchałem jego, przesiąkniętych miłością do każdego człowieka i do każdych zjawisk społecznych, wypowiedzi, to najpierw czułem się bardzo pozytywnie zaskoczony. Z czasem jednak zacząłem zauważać takie nonsensy, że wychodziło na to, że jedyną prawdą jaką anglikański biskup uznaje, jest zgadzanie się ze wszystkimi we wszystkim. Takie zgadzanie się, które przez pragnienie nie odstąpienia od niego, prowadzi do błędów nawet intelektualnych.

Więc to też jest jakiś fundamentalizm właśnie, ta dążność za wszelką cenę do tego, by docenić każde inne stanowisko, by zgodzić się z każdą tezą, by szukać wspólnego z każdym kierunkiem. Oczywiście, owo „każdy” jest tu zbyt dalekie, ale zakres pozytywów dostrzeganych przez biskupa i docenianych przez niego (szamani?) jest na tyle szeroki, że uzasadnia potoczne użycie tego słowa.

Pozostaje pytanie czy ja, jestem fundamentalistą. Z jednej strony pewnie nie jestem, bo jestem gotów zakwestionować każde zdanie ze zbioru moich poglądów, z opisu świata, ludzi, kultury i wiary. Gotów zakwestionować, to znaczy gotów o tym dyskutować, gotów się zastanowić czy to prawda czy nie.

Z drugiej strony chyba jednak jestem. Ale w inny sposób. Jestem fundamentalistą nie w odniesieniu do jakichś poglądów: Na to co dobre a co złe. Na to prawdziwe a co fałszywe. O tym mogę rozmawiać.

Jestem fundamentalistą w kwestii decyzji. Decyzji, od której nie zostawiam sobie odwrotu. Decyzji, którą staram się podejmować, wciąż na nowo, za radą Jezusa, ze wszystkich sił, z całego umysłu swojego, z całego serca.

Gdy taka decyzja zostaje podejmowana w taki sposób, to definicje, poglądy, „przedmioty wiary” przestają mieć znaczenie. Są czymś z innego poziomu. Czymś nad czym można pomyśleć, co można przyjmować, poznawać, zmieniać. Bo nie są już centrum i treścią człowieka. Tym centrum w miejsce teorii staje się doświadczenie.

I tu kłania się właśnie pielgrzymowanie, w tym to szczególne do świętego Jakuba. Bo to pielgrzymowanie nie daje nowych teorii. Nie przynosi powtarzania nauk, które ktoś wymyśla i które poprzez uporczywe powtarzanie reklamuje jako niezmienne i jedyne, i konieczne.

Pielgrzymowanie odrywa też od nauk sączonych w sposób bardziej subtelny przez media. Bardziej subtelny ale jeszcze bardziej nieubłagany, szaleńczo natarczywy, wciąż często fundamentalistyczny, choć w odwrotnym kierunku.

Więc pielgrzymowanie oddziela człowieka od teorii. Od słów, o które walczą ludzie, o które chcą sobie czynić wyrzuty, zarzuty. O które gotowi się nawzajem atakować. Z którymi chcą się identyfikować. Pielgrzymowanie przynosi, w miejsce teorii, doświadczenie. Odkrycie, że poprzez doświadczenie można się czegoś nauczyć. Nie teoretycznego, tylko takiego egzystencjalnego. Życiowego.

Doświadczenie prawdziwie otwartego bycia z ludźmi, możliwości polegania na obcych, doświadczenie trudu drogi, to wszystko buduje pielgrzyma w sposób, który nawet dla niego samego, nie jest łatwy do wypowiedzenia, do wyjaśnienia. Ale w sposób, który jest tak bezpośrednio odczuwalny, że nie można mu zaprzeczyć.

Gdy zamęt słów, „prawd” i przekonań, w które wierzymy opada, zostaje goły człowiek. Ze swoimi wyborami, decyzjami i doświadczeniem. Z tym co zrobił innym ludziom. Z tym czy postawił na siebie i siebie próbował ocalić, czy z zaparciem i super-fundamentalizmem usiłował dążyć do Miłości, której nadajemy imię Bóg.

Cała reszta zdaje się wtedy jak nieważne, opadłe już liście, w dolinach, które rankiem, przykrywa dywan pierzastej mgły. A pielgrzym idzie szczytami, bo wstał wcześnie, bo słońce właśnie wschodzi, bo ma przed sobą cel, do którego jest zmierzaniem…

20150819_080225


Najpiękniejsza na świecie książka jest do dostania tutaj.
A tutaj jest jej strona na facebooku, którą można polubić.
Jeśli przeczytasz ten tekst, albo (lepiej) książkę, to daj znać, co ci się spodobało, niespodobało, co myślisz. To, wbrew wszelkim pozorom, ważne.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *