Dzień 002 Janowiec

Droga do Wąwolnicy jest wspaniała. Piękna, wygodna. Taka autostrada dla pieszych. Podobno świeżo oddana. Śniadanie miałem dobre. Nawet dostałem kanapki na drogę. Kochane siostry. Dziwna sprawa z tymi siostrami. To chyba tylko w Kościele Katolickim takie sympatyczne zakony. W każdym razie może jeszcze kiedyś wrócę, tym razem turystycznie, do Nałęczowa, do sióstr. Mają piękną kaplicę. Rano msza święta. Było jasno. Ksiądz mówił wyraźnie. Wszystko blisko. W drodze dzwoniła rodzina. Jak wychodziłem, to powiedziałem, że plan jest do Wąwolnicy. To sanktuarium maryjne pod Lublinem. Rok w rok, idą do niego pielgrzymki piesze. Więc to taki mój realny, mały cel. Gdzie jak gdzie, ale do Wąwolnicy chcę dojść. Przynajmniej tam. Pomodlę się, a potem zobaczymy.
Robi się gorąco. Wchodzę do Wąwolnicy. Zatrzymuje mnie mężczyzna. Starszy. Pomięta twarz, pomięta marynarka. Czapka, spodnie, półbuty. Widać. Niestety widać. Że pod wpływem. Chce dwa złote. Na papierosy. No bo przecież nie na wódkę. Po prostu, na papierosy. Rozmawiam z nim. Niebo za jego sylwetką jest błękitne. Słońce rozjaśnia rzędy zabudowań. Kościół jest na prawo. Pewnie niecały kilometr. Nie wiem, czy dać, czy nie dać. Dwie chęci szarpią mnie w dwie strony. Patrzę mu w oczy. Najchętniej uciekłbym z tym wzrokiem. Dać. Oczywiście, że dać. Jestem pielgrzymem i spotkałem biednego człowieka.
– Nie – mówię i kręcę przecząco głową. – Myślę, że pan tego nie potrzebuje.
Zdziwienie na jego twarzy.
– Myślę, że to panu nie jest potrzebne. Te papierosy.
Co mu jest potrzebne? Czy on sam nie wie tego najlepiej? Ale faktycznie myślę, że nie tego potrzebuje. Potrzebuje czegoś, co wyleczy go z pragnienia zapomnienia. Z pragnienia zrobienia sobie na chwilę dobrze. Alkoholem. Może i papierosami, choć w to jakoś wątpię. Facet się chwieje. Chwieje się nie tylko fizycznie. Chwieje się psychicznie. Tak naprawdę to wypadł z trasy, szoruje po poboczu sercem. Pewnie mu krwawi, więc musi zapominać. Ale to nic nie da. Nic nie dadzą kolejne dwa złote. Czy pięć złotych. Dadzą mu tylko kolejne wepchnięcie go w rzeczywistość, w której wcale nie jest szczęśliwy, w której wcale nie stoi na nogach, w której zmierza donikąd. Nie wiem, czy dobrze robię. Nie daję mu tych dwóch złotych. Jestem zły? Zostawiam te pytania za sobą. Skręcam w prawo. Pod górę. Widzę kościół. Cały z czerwonej cegły. Figura Matki Bożej jest jednak w kaplicy po prawej stronie. Wiem to, bo tu bywałem. Robię zdjęcie przed wejściem do kaplicy. Wchodzę. Jest cicho i cień. Klękam. Nic nie mówię. Nie wiem, co powiedzieć. Jestem. Po prostu jestem. Czy potrafimy wytłumaczyć to wszystko, co się kryje za tym jednym słowem: jestem?
W niewielkim okienku przy wyjściu z kościoła proszę o pieczątkę do paszportu pielgrzyma. To trzecia w moim paszporcie. Pierwsza jest od dominikanów z Lublina. Druga od urszulanek z Nałęczowa. Teraz mam trzecią. Idę dalej. To jakiś przełom. To początek wyzwania. Wychodzę poza Wąwolnicę. Poza ten etap, który, jak deklarowałem, miał być minimum mojej pielgrzymki. Nogi mnie bolą, ale pogoda jest piękna. Wchodzę w jakiś wąwóz. Jest głęboki. Drzewa z obu stron pochylają się zielenią nad wyżłobionym w ziemi korytarzem. Z góry słońce gdzieniegdzie przeziera, zaglądając do środka. Jest cicho, spokojnie. Nikogo oprócz mnie. Wąwóz pnie się pod górę. Ta prześwietlona zieleń liści nade mną i przede mną, te bajecznie wystające ze zboczy wąwozu korzenie i pnie drzew, wszystko jakieś nierzeczywiste i piękne. Mógłbym tak iść i iść, bez końca.
Wychodzę na przestrzeń, na niebo, na pola. Daleko przede mną lśniąca żółcień kwiatów. Nie wiem, co to. Rzepak czy jakieś inne rośliny? Gruntowa droga prowadzi mnie w ich kierunku. Wszystko skrzy się od kolorów. Wiatr jest delikatny, słońce dosłowne, widzę traktor. Mężczyzna podjeżdża. Ciągnie za sobą jakąś maszynę. Mijamy się bez słów, za to ze skinięciem głowy. Cieszę się. Cieszę się, że wreszcie nie ma samochodów. Że idę swobodnie. Chociaż, gdy patrzę pod nogi, to widzę zbryloną ziemię, grudy zaschniętego błota. Gdyby padało… Nie pada. Tak naprawdę cały czas jest ze mną obawa. Gdzieś za ścianą ekranu świadomości, na którym doświadczam całego tego piękna dookoła mnie, całego tego uroku natury, ciągle jest. Myśl i wiedza, że przecież nie wiem, gdzie będę spał. Czy będę spał? Jak to będzie? Przecież ten dzień jest tak naprawdę wyzwaniem. Pierwszym wyzwaniem. Idę w ciemno. Idę przed siebie. Jestem prawdziwym pielgrzymem, który idzie bez zabezpieczeń. Bo tak powinno się żyć. Bo tak powinno się iść. Bo Bóg czuwa nad ludźmi. Moja świadomość odgrywa przede mną sceny. Widzę siebie, jak wchodzę do kościoła albo na plebanię i proszę o nocleg. Widzę księdza, który mi odpowiada. Sprawdzam, czy to odpowiedź twierdząca. Tak bym chciał, aby była to odpowiedź twierdząca. Droga się dłuży. Zmęczenie dokucza mi o wiele bardziej niż wczoraj. Wczoraj to był pierwszy dzień. Pierwszy dzień w ogóle. Po długim okresie odpoczywania i unikania zbytniej aktywności ruchowej. Noga mi w zasadzie nie dokucza. Staram się stąpać ostrożnie. Zatrzymuję się. Siadam na trawie, na moim służbowym worku na śmieci. Wyjmuję kanapki od sióstr. Po prawej, tuż nade mną, na słupie elektrycznym jest gniazdo. Bocian patrzy na mnie stamtąd ciekawie. Tak sobie przynajmniej mówię. Odwijam pozłotko. Przeżuwam kęsy kanapki. Siostry się postarały. Jak dobrze. Jak dobrze coś zjeść. Gwałtowny szum. Silnymi uderzeniami skrzydeł bocian zlatuje z gniazda i tuż koło mnie wzbija się w górę. Jaka szkoda, że nie mogę go sfilmować. Zrobić zdjęcia. Nie zdążyłbym. Zrobienie zdjęcia zajmuje mi co najmniej minutę. Ciągle uczę się obsługiwać tę komórkę. A tak bym chciał. Chciałbym zachować. Zapamiętać. Zapisać. Wszystko, czego doświadczam. Może nie wszystko. Wszystko, co piękne. Co uderzające, jak ten wielki ptak, tłuczący skrzydłami o powietrze.
Nogi bolą mnie coraz bardziej. To się staje już nieznośne. Dochodzę do Kazimierza nad Wisłą. Nie wiem, co ludzie w nim widzą. To jedna z najbardziej znanych miejscowości. Może nawet w Polsce. Wisła piękna. Ale piękna jest wszędzie. Zabudowa dość urocza. Zabytki. Ale z czego ma być ten zachwyt? Ciągle myślę. Ciągle myślę, jak to będzie z noclegiem. Planuję, co mam powiedzieć, żeby zostać przyjęty. Analizuję, jak ksiądz może zareagować. Czy może powiedzieć – nie? Może powiedzieć – nie – taka myśl uparcie gdzieś przesuwa się między innymi, choć staram się ją wykluczać, odsuwać, zasłaniać. To niemożliwe. Nie powie – nie. W życiu trzeba mieć pozytywne nastawienie. To przede wszystkim. Gdy jesteśmy pozytywnie nastawieni, wszystko się udaje. Wizualizuję pozytywne przyjęcie mnie przez księdza. Przecież gdyby mnie nie przyjął, to znalazłbym się w dupie. To znaczy nigdzie. To znaczy nie wiem, co miałbym ze sobą zrobić. Upominam siebie za wulgaryzmy w moich myślach. To wszystko z lęku, ze strachu, niepotrzebnego przecież. Wstaję z trawnika, na którym odpoczywałem. Nie idę na rynek w Kazimierzu, moim celem jest Janowiec. To po drugiej stronie Wisły. Nigdy tam nie byłem. Czytałem w internecie, że jest przeprawa promowa. Nawet zadzwoniłem dwa dni temu. Potwierdzili. Więc przez Wisłę się przeprawię. Tylko co ile jest prom? Ile będę musiał czekać? Po lewej stronie dwóch facetów gra na gitarach i śpiewa. Są nieźli. Zatrzymuję się i słucham. Brawo. Na żywo. Nie z radia, a muzyka, że palce lizać. Na szerokim słupku z prawej strony, niemal na wysokości mojej twarzy, leży czarny kot. Po prostu leży, wygrzewa się albo leniuchuje. Idę wzdłuż Wisły na południe do przeprawy promowej. Skręcam na wał. Obserwuję rzekę. Gdzie ta przeprawa? Docieram. Prom właśnie czeka. Pędzę. To znaczy usiłuję. Jestem kompletnie wykończony po tym drugim dniu marszu. Plecak jest ciężki. Nogi bolą niemożliwie. Wykonuję jakieś pokraczne gesty, usiłując przyspieszyć. Mijają mnie młodzi ludzie na rowerach.
– Camino?
– Tak – opowiadam.
– To wszystkiego dobrego!
Wchodzę na prom. Kilka złotych. Zdejmuję plecak. Siadam z przodu. Mrużę oczy. Na rzęsach słońce rozsnuwa się tysiącem świetlnych nici. Prom pracuje. Spod powierzchni wynurza się lina. Rzeka płynie. Odpoczywam. Drugi brzeg. Tam czekający ludzie i samochody. Nigdy tam nie byłem. Przekraczam największą rzekę Polski. Pozwalam umysłowi odpocząć, zostać w tej mieszance słońca i wody. Tak długo, aż lekki wstrząs nie oznajmia, że dotarłem.
Droga jest wyraźna. Pytam na wszelki wypadek. Widzę z daleka ruiny zamku. Piękne. Szkoda, że nigdy tu nie przyjechałem, a przecież nie mam daleko. Ściemnia się. Chłodno. Coraz chłodniej. Jak sprawdzałem pogodę, to w nocy miało być osiem stopni. Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze – niemal krzyczę temu kołowrotkowi myśli, który mówi mi: – Gdzie ty się wybrałeś? Czyś ty szalony? A co, jak nie znajdziesz noclegu? Rozglądam się. Szukam wyobraźnią miejsca. Miejsca do spania. Niczego takiego nie widzę. Widzę za to chmury. Prognoza pogody mówiła o możliwym deszczu. Widzę kościół. Nareszcie. Wejście na plebanię przez solidny mur. Kościół na wprost. Plebania na prawo. Ale co za plebania. Wow. Mają dochody z turystyki czy co? Pełny wypas, piętra i antena satelitarna. Naciskam dzwonek. Rozglądam się. Nic się nie dzieje. Serce wali mi znacznie szybciej, niżbym chciał. Więc jak to będzie? Dobrze będzie – raz jeszcze krzyczę swemu wnętrzu. Naciskam dzwonek ponownie. Sekundy mijają leniwie. Słyszę odgłos. Drzwi otwierają się.
– Szczęść Boże – witam się przepisowo.
– Szczęść Boże.
– E… Czy ksiądz chciałby przenocować pielgrzyma? Jestem pielgrzymem.
– Nieee… – Mężczyzna w średnim wieku robi pół kroku do tyłu w trakcie wypowiadania tego słowa.
– Ale ja mogę spać gdziekolwiek. Mogę spać na podłodze – uzupełniam jak automat, któremu urwał się jakiś tryb i który nagle przyspiesza swoje działanie.
– Nieee… nie mamy – odpowiada mężczyzna, odsuwając się o następne dziesięć centymetrów i przymykając lekko drzwi.
Czego nie macie? – brzmi w moim umyśle. Czego nie macie? Podłogi nie macie? Bo antenę satelitarną przecież macie. Niewiarygodność sytuacji spada mi potokiem przez głowę, gardło, aż do wnętrza. Wszystko we mnie wrze i kipi. Ze strachu. Z obawy. Z przerażenia. Ze złości.
– No to… z Panem Bogiem – mówię.
– Z Panem Bogiem – odpowiada mężczyzna i zamyka drzwi.
Stoję. Stoję przed drzwiami z solidnego drewna. Przed piękną plebanią. To niemożliwe. Odwracam się. Idę w kierunku wyjścia. Nogi skarżą się bólem i zmęczeniem. Czego nie macie? Czego nie macie?! – krzyczy mi w środku. Rozglądam się. Ulica małego miasteczka. Domy. Są jeszcze ludzie. Nie jestem sam. Skupić się na najważniejszym.
– Dzień dobry.
– A, dzień dobry.
– Przepraszam. Ja mam takie nietypowe pytanie. Jestem pielgrzymem, czy mogłaby pani mnie przenocować? Mogę spać gdziekolwiek, na podłodze…
Kobieta robi minę, jakby zauważyła, że coś ze spodni mi się wylewa. Pomieszanie niesmaku i odrazy. Kręci głową. Mi się też w głowie trochę kręci. Następna to samo. Gdy pytam za trzecim razem, słyszę na pożegnanie radę:
– To do księdza proboszcza niech pan pójdzie.
– Ale ja stamtąd właśnie idę. Od księdza proboszcza.
Kobieta rozkłada ręce. Między nami cisza. Gdzie ja mam pójść? Nikt mnie nie chce. Matko święta. Gdzie ja się znalazłem? Ściemnia się coraz bardziej. Idę uliczką, przeżuwając jakieś ziarna rozpaczy. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe. Nie mam gdzie spać. To niemożliwe. Tak nie miało być. Wszystkie obawy materializują się teraz w koszmarnej rzeczywistości. Zapytane za którymś razem kobiety naradzają się ze sobą.
– Ale gdzie by pan chciał spać?
– Gdziekolwiek, proszę pani.
– A za pieniądze?
– Może być za pieniądze. Nie mam gdzie spać, a gdzieś spać muszę.
– Pan idzie – mówi jedna z nich.
Pokazuje mi dom kilkadziesiąt metrów dalej.
– Ona ma agroturystykę. Pan tam zapyta.
Pytam. Jest pokój. Wchodzę. Próbuję negocjować. Zasoby finansowe nie są moją mocną stroną. Bezskutecznie. Płacę. Łóżko. Stolik. Siadam. Chce mi się wyć. Wyć na cały świat. Wyć na siebie. Na swoją głupotę. Wyć na tych ludzi. Cudem, ostatnim rzutem kostki – mam pokój. Mam miejsce. Kupiłem sobie. Czy cud zdarzy się ponownie? Internet nie działa. Ale warunki dobre. Czysto, ładnie, tylko zimno bardzo. Dzwonię do domu. Że mam nocleg. Na parafii? Nie. Nie na parafii. W gospodarstwie agroturystycznym. Zasypiam bez pamięci.

Czytaj dalej Dzień 002 Janowiec

Dzień 001 Nałęczów

– To cześć.
– Cześć.
Coś ściska mnie za gardło. Stoję w przedpokoju. Mam na sobie buty, spodnie, plecak. Krótki gest pożegnania. Przecież się nie zatrzymam. Nie zawrócę. Buty są czerwone. Plecak jest niebieski. Naciskam klamkę. Przechodzę przez drzwi. Idę po schodach. Stopień za stopniem. Ręka odruchowo łapie poręcz. Przechodzę przez drzwi klatki schodowej. Idę przez osiedle. Dopiero teraz czuję wagę plecaka. Pakowałem go wczoraj. Włożyłem wszystko, co potrzebne. Na koniec płatki owsiane i półtora litra wody mineralnej. Zastanawiam się, którędy iść. Spoglądam na mapę wyświetlaną przez komórkę. Dziwnie wskazuje. Pnę się do góry. Lublin położony jest na wzgórzach, jak zresztą cała Lubelszczyzna. Dochodzę do Lubartowskiej. Idę w dół. Mijam ludzi, samochody. Każdy czymś zajęty. Każdy zmierza w jakimś kierunku. Życie wrze jak gdyby nigdy nic. Jest piątek, dochodzi dziewiąta. Ten cholerny plecak uciska mnie z tyłu. Prawda jest taka, że nigdy nie szedłem z wypełnionym plecakiem. Trzy miesiące wcześniej poważnie uszkodziłem sobie kostkę, tak się chciałem przygotować. Ostatnie półtora miesiąca, może nieco dłużej, oszczędzałem się maksymalnie, żeby staw skokowy doszedł do jako takiej sprawności. Więc teraz idę w ciemno. Bez przygotowania. Bez testów, jakie powinienem zrobić. Przejść kilkadziesiąt kilometrów z pełnym plecakiem. Zobaczyć, jak to jest.
Boże, jak mnie uwiera. Skrzyżowanie. Trolejbusy czekają na światłach. Tylko dwa miasta w Polsce mają trolejbusy. Zielone. Ruszam. Nie dam rady. Przechodzę przez wysepkę, a potem na drugą stronę. Skręcam pod pobliski mur. Zdejmuję plecak. Po prostu mnie boli. Boli i już. Kręgosłup. Te dwanaście kilogramów. Na początku, jak wyszedłem z domu, nic nie czułem. Teraz, po około godzinie, nie mogę dalej z tym iść. Muszę choć trochę zmniejszyć ciężar. Odkręcam butelkę. Wylewam połowę wody. Zakręcam. Trawa jest zielona. Podnoszę plecak. Zakładam go. To wcale nie jest proste. Zapinam wszystkie pasy. Biorę kijki. Idę pod górę, w kierunku ratusza.
Stojące przed ratuszem tablice obrazują wydarzenia z historii. Unię dwóch dużych państw, Polski i Litwy. Powstanie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Unię zawierano w Lublinie. Tablica jest czarna. Czcionka wyraźna. Jest pogodnie. Znajomy mężczyzna w ciemnym garniturze zmierza w stronę wejścia do ratusza. Poznaję go.
– Cześć – wyciągam rękę.
– Cześć – odpowiada i patrzy z lekkim zakłopotaniem. Jest elegancki, wyprasowany. Buty błyszczą.
– Nie poznajesz mnie? – pytam.
– No… nie – dodaje z pewnym zakłopotaniem.
– Jesteś Zdzisiek – uzupełniam nazwiskiem.
– No… nie. – Jego zakłopotanie staje się jeszcze większe, ale w tym momencie rozumiem cały komizm i niedorzeczność sytuacji oraz mojego pozdrowienia. – Ale znam Zdzisława. – Nieznajomy ratuje sytuację.
– A. No to pozdrów go. Przepraszam.
– Nic się nie stało – uśmiecha się rozluźniony.
Znów uścisk ręki. Obracam się w prawo. Idę deptakiem. Patrzę na te budynki i ludzi. Na jak długo was zostawię? Czy to istotne? Ból u dołu z prawej strony kręgosłupa staje się nie do zniesienia. Więc to tak? Więc to tak się skończy? Tutaj? Naprawdę? Siadam na ławce. Odpoczywam. Przeszedłem jakieś cztery, może pięć kilometrów. Wyjmuję tę butelkę. Nic z tego. Nie mogę iść bez wody. Ale nie mogę iść z wodą. Po prostu nie mogę. Dlaczego się nie przygotowałem? Dlaczego nie trenowałem? Dlaczego nie chodziłem z pełnym plecakiem? Dlaczego znalazłem się w tak głupiej sytuacji? Piję, ile mogę. Chłodna woda wpada do mojego gardła. Jacyś dwaj przebierańcy kwestują na chwalebny cel. Wnoszę o jego chwalebności z ich przebrań. Dobrze zrobione. Historyczne. Przechylam butelkę. Wylewam całą resztę wody do kratki ściekowej. Jeśli nie mogę iść, to po co mi woda? No po co? Przecież jeszcze nie zacząłem, a już klapa, porażka. Mnę plastik. Robię kilka kroków w kierunku kosza. Ponownie zakładam plecak. Idę przez Krakowskie Przedmieście. Gołębie kołują nad budynkiem poczty z lewej strony. Teraz Aleje Racławickie. Po prawej duży miejski park. Po lewej uniwersytet imienia Jana Pawła II, czyli popularny KUL. Nic z tego nie będzie. Znowu mnie boli kręgosłup. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego mnie to spotyka? Jak śmieszny jestem?
Boli mnie na odcinku kręgów krzyżowych. Rozpinam pas biodrowy. Całkiem. Łapię od spodu zwiniętą karimatę, która jest przymocowana do dna plecaka. W ten sposób jego ciężar rozkłada się pomiędzy moje barki a wyciągnięte dłonie, na których trzymam karimatę, a na niej plecak. Chce mi się wyć. Ale się zacinam. Zacinam się w uporze. To przekonanie, ten dotyk klęski. To doświadczenie przemożnej niemocy i niemożności obezwładnia mnie. Ale wciąż idę. Idę. Dokąd idę? Po co idę? Do Ciebie?
– Wierzysz we mnie?
– Wierzę. – Moja odpowiedź jest wyuczona. Poprawna. Właściwa. Bez cienia ognia i prawdy.
– Wierzysz we mnie?
– Wierzę – powtarzam po raz drugi. Bo co mam zrobić. Taka jest prawda. W tym bólu. W tej beznadziejnej i głupiej sytuacji, w tej walącej się na głowę porażce. Ta odpowiedź jest prawdziwa.
– Wierzysz we mnie?
Ile razy jeszcze padnie to pytanie? Czy to naprawdę jest pytanie? Czy ono naprawdę do mnie dociera?
– Wierzę. – Tym razem odpowiedź jest prawdziwa. Bo już nie ma w niej kalkulacji. Nie ma w niej powtarzania ani próby spełnienia oczekiwań na poprawną odpowiedź. Nie ma w niej już nic poza prawdą. Głupią. Prostą. Ale jednak prawdą.
– Dojdziesz.
Żarty. Jak to? Dojdę. Jestem osiem kilometrów od domu. Jak to – dojdę? Ale jak to – wierzę? Więc wierzę czy nie? Czy to tylko gra? Na wszelki wypadek. Więc mam się złapać tego „Dojdziesz”, czy mam kombinować, jak przez całe życie? Zostaję z tymi pytaniami i odpowiedziami. Idę przez półtorej godziny, niosąc plecak w ten dziwny sposób. Potem puszczam go, ale nie zapinam pasa biodrowego. Ramiona zaczynają mnie boleć. Tak się nie nosi plecaków turystycznych. Dojdę? Wierzę? Wierzę. Ale czy dojdę? Jak można dać takie zapewnienie w takiej sytuacji? Czy można je przyjąć? Co to właściwie wszystko znaczy i do czego to prowadzi?
Biedronka po lewej stronie to miejsce wytchnienia. Zdejmuję plecak i wkładam go do wózka. Kupuję kefir. Na zewnątrz, na przystanku, wyjmuję z plecaka sztućce z tworzywa sztucznego i płatki owsiane. Jem. To pierwszy przystanek. Chwila spokoju. Patrzę na swoje stopy. Wyjmuję komórkę i piszę krótkie zdanie na blogu. Może przeczytają. Może się niepokoją. Ponownie ruszam. Teraz zapinam pas biodrowy. Jakoś idzie wytrzymać, to znaczy na razie mnie nie boli.
Na drodze straszny ruch. Gdy rozmawiałem telefonicznie z siostrą przełożoną w Nałęczowie, mówiła z zaniepokojeniem o drodze, którą wybrałem. Może trzeba było naokoło. Ale tędy krócej. Trzydzieści kilometrów to dla mnie aż nadto. Szosa nie ma pobocza. Trzydzieści centymetrów od brzegu jezdni grunt opada ostro w dół, a wszystko porasta wysoka trawa. Z naprzeciwka jedzie TIR. Rozpędzony. Ogromny. Cały się chwieje. Schodzę w dół. Stopy zsuwają się po nierównościach. Plecak kołysze mi się na plecach. Szum. Minął mnie. Krok w górę. Idę dalej. Kolejne samochody. Kolejne uniki. Wreszcie miejscowość. Kilometr chodnika. Wszystko się powtarza. Wysiłek. Zejścia z szosy. Chodniki w miejscowościach. Tomaszowice. Rozglądam się. Skręcam w lewo. Idę w kierunku kościoła. Patrzę teraz na niego. Z prawej strony przygląda mi się kobieta.
– A pan to jakimś globtroterem jest? – ni to pyta, ni to stwierdza.
– Nie. Pielgrzymem – odpowiadam. Widzę niedowierzanie na jej twarzy. Coś próbuję tłumaczyć. – A widzi pani tę mozaikę na frontonie kościoła? – Mozaika przedstawia Chrystusa z rozłożonymi ramionami. – Wie pani, że kiedyś ją układałem? – Czuję się dumny.
Wchodzę do kościoła. Klękam na chwilę. Zanurzam się w ciszy. Nic nie mówię. Pewnie nie ma takiej potrzeby. Wstaję. Najgorzej jest wstać. Po krótkim zatrzymaniu albo po dłuższym odpoczynku. Wtedy jest najgorzej. Ciało natychmiast wysyła dziesiątki sygnałów bólu i dyskomfortu. Gdy się idzie, to pomimo zmęczenia wszystko osiąga jakąś równowagę. Ale przecież nie można ciągle iść.
Roboty drogowe. To znaczy jakaś poważna inwestycja obok drogi. Wszystko w kurzu. Każdy przejeżdżający samochód ciągnie za sobą małą chmurę rdzawego koloru. Idę przez tę pomarańczowo-brązową mgłę. Robotnicy ustawiają coś na stalowych rusztowaniach. Modernizacja kraju.
Tuż przed Nałęczowem robię trzeci przystanek. Wyciągam foliowy worek na śmieci. Będzie mi służył jako mata, wszędzie tam, gdzie będę siadać na trawie, na ziemi. Kładę się. Czuję, jak nogi mi odpoczywają. Szedłem stosunkowo ostrożnie, więc staw bardzo mi nie dokucza. Jestem jednak strasznie zmęczony. Nogi pulsują tym zmęczeniem. Zamykam oczy. Oddycham.
Gdy wstaję, znowu jest źle. Gorzej, niż gdy się kładłem na tej trawie. Idę przez ból. Widzę tabliczkę z napisem „Nałęczów”. Matko. Więc jednak. Więc jednak doszedłem. Ten pierwszy dzień. Boże, jak było ciężko. To ciągłe zatrzymywanie się, by przepuścić jakiś samochód. To kołysanie plecaka. Ale teraz go niosę i nic się nie dzieje. Nie mam w nim wody. Płatki prawie zjadłem. Jest lżejszy. Od czasu do czasu, na zmianę, to rozpinam, to zapinam pas biodrowy. Długa aleja. Ile ona ma? Kilometr, dwa? Ciągle idę. Bolą mnie stopy. Bolą mnie nogi. Bolą mnie plecy. Gdzie to właściwie jest? Nałęczów minąłem dawno temu, to jest znak drogowy informujący, że to Nałęczów. Skręcam w prawo, potem w lewo. Jest ta ulica. Teraz pod górę. Każdy krok to mały płomyk bólu. Boże, jak ciężko. Dlaczego pod górę? Idę krok za krokiem. Coraz wolniej. Coraz krótszymi krokami. Dochodzę ostatkiem sił do ogrodzenia. Naciskam dzwonek. Mówię do kratki. Słyszę buczenie. Otwieram furtkę. Wchodzę. Siostry witają mnie.
Siadam. Doszedłem. Co za błogosławieństwo, że można usiąść. Serdeczne przyjęcie. Uśmiechy. Rozmawiam z siostrą przełożoną. Tak. Znamy się. To dlatego właśnie tu przyszedłem. W ten swój pierwszy dzień. To mój pierwszy, jedyny umówiony i zaplanowany nocleg. Nie mam żadnego poza nim. Gdzie będę spał? Bóg pokaże. Poprowadzi. Pomoże. Jakoś to będzie. Musi jakoś być. W końcu Polska to chrześcijański, katolicki kraj. Idę do Jakuba Apostoła. Pójdę na parafię. Wszędzie są jakieś parafie. Będzie dobrze. Zasypiam. Bez snów. Bez pamięci. Zdrowym, leczniczym snem.